43. NARODOWY DZIEŃ PAMIĘCI O ŻYCIU – 7 LUTEGO 2021 R.

43. NARODOWY DZIEŃ PAMIĘCI O ŻYCIU – 7 LUTEGO 2021 R.

Ten Dzień dla Życia jest narodowym dniem pamięci we Włoszech i oczywiście jest szczególnie obchodzony w Kościele. Od pewnego czasu nasza wspólnota udaje się w niedzielę na Mszę św. do pobliskiego kościoła parafialnego San Francesco w Rzymie. Parafia prowadzona jest przez zakon ojców pijarów. 7 lutego byłyśmy tam również na Mszy Świętej, a proboszcz parafii, Ojciec Stefano, oczywiście dotknął tego tematu w swojej homilii. Bardzo nas poruszyła ta homilia i chciałabym podzielić się z Wami kilkoma myślami z niej płynącymi. Ojciec Stefano rozpoczął swoją homilię od przypomnienia nam, że życie chrześcijańskie ma również wymiar proroczy. Ten wymiar nie oznacza przewidywania rzeczy przyszłych, ale raczej mówienie, a przede wszystkim życie Słowem Bożym w naszej teraźniejszości. Zilustrował to dwoma przykładami z czasów, kiedy pełnił posługę jako misjonarz na Wybrzeżu Kości Słoniowej, kraju w Afryce Zachodniej. Pierwszy przykład, którego doświadczył, miał miejsce około 2003 r. Otrzymał wtedy telefon od jednego z katechetów. Na Wybrzeżu Kości Słoniowej mówi się po francusku i katechista też mówił po francusku, choć nie najlepiej. O. Stefano nie mógł go zrozumieć. Ale katecheta dzwonił kilka razy, więc ojciec zrozumiał, że sprawa musi być pilna i pojechał zobaczyć, o co chodzi. Przybył do małej wioski, gdzie katecheta powitał go z małym, nowo narodzonym dzieckiem. To dziecko urodziła muzułmanka, ale nie było to dziecko jej męża. Zgodnie z prawem muzułmańskim takie dziecko nie miało prawa pozostać w rodzinie i już samo to, że pozwolono jej je urodzić, było wielką sprawą. Przez wiele okrężnych dróg trafiła do katechety. Ale co miało się stać z dzieckiem? Najpierw ks. Stefano zabrał dziecko na badania lekarskie do szpitala sióstr zakonnych, aby upewnić się, że jest zdrowe. Oczywiście, wieść się rozniosła w parafii i zgłosiła się młoda kobieta, która chciała zaopiekować się dzieckiem. Następnie ks. Stefano i katecheta rozmawiali z rodziną, aby sprawdzić, czy się z tym zgadzają. Jednak nie tylko zgodzili się, ale w ciągu następnego okresu czasu, kilku członków rodziny skontaktowało się z ks. Stefano z pragnieniem stania się chrześcijanami. Zaangażowanie misjonarza i katechety zrobiło na nich wrażenie. Tutaj nie tylko głoszono doktrynę, taką jak cenność ludzkiego życia, ale także przekonująco przeżywano ją w życiu codziennym. Drugi przykład miał miejsce wiele lat później, w 2011 roku, kiedy w kraju trwała wojna domowa. Stacja misyjna ojców pijarów znajdowała się pomiędzy frontami, to znaczy pomiędzy wojskami rządowymi a rebeliantami. Doszło do strzelaniny, a okoliczna ludność w popłochu szukała schronienia m.in. w placówce misyjnej. Przybywali tłumnie i wkrótce nie było już miejsca. W tej napiętej sytuacji ks. Stefano zadzwonił do biskupa i zapytał go, czy byłoby możliwe, aby ludzie mogli spać w kościele, bo nie mają już miejsca. Było tam ponad tysiąc osób. Kościół stał się więc miejscem noclegu dla tych, którzy szukali schronienia. Wśród tych ludzi była młoda kobieta, która była w bardzo zaawansowanej ciąży i dla niej nadszedł czas porodu. Co powinniśmy teraz zrobić? Ojciec Stefano zadziałał szybko i zabrał ją do najbliższego szpitala. Ale szpital był zamknięty w tych niespokojnych czasach. Wrócił więc do stacji misyjnej. Tam starano się przygotować dla tej kobiety chronione i małe oddzielone pomieszczenie. Urodziła zdrową córeczkę bez żadnych komplikacji. Kobieta ta była również muzułmanką. Ale po porodzie ona również poprosiła o pozwolenie na zostanie chrześcijanką, ponieważ bezinteresowne zaangażowanie ojca Stefano przekonało ją, że Bóg chrześcijan jest naprawdę Bogiem dobroci, dla którego cenne jest życie każdego człowieka, niezależnie od jego religii, płci, rasy i narodu. Ojciec Stefano zakończył swoją homilię wezwaniem skierowanym do nas wszystkich, że jako chrześcijanie musimy poważnie potraktować ten profetyczny wymiar naszego życia i jak ważne jest nie tylko głoszenie katechezy słowami, ale przekonujące i autentyczne przeżywanie jej w codziennym życiu. S.M. Petra
W rozmowie – przy okazji

W rozmowie – przy okazji

Lubię spotykać się z naszymi pracownikami w naszym centrum seniora w Cochem Klosterberg, lubię spotykać się z naszymi współpracownikami.   Tak, a dzisiaj spotkałam "naszą" Agatkę przypadkiem przy sprzątaniu i po prostu powiedziałam do niej: "Miło, że tu jesteście i pilnujecie porządku:" Jej odpowiedź: porządku nauczyła nas siostra Agnes 50 lat temu. Przyjechałam do Klosterbergu w 1972 roku na rok praktyk gospodarczych, a potem zostałam z siostrą Agnes przez 25 lat. Nie zawsze było łatwo się z nią dogadać i robić wszystko dobrze... ale w życiu osobistym wiele się od niej nauczyłam i jestem z tego dumna. W przyszłym roku przejdę na emeryturę - wtedy będę u Sióstr Maryi Niepokalanej w sumie 50 lat i mogę tylko podziwiać, jak ten czas minął. To był i jest cenny czas. Lubię patrzeć na minione lata - nawet teraz chętnie przychodzę z domu i zawsze cieszę się, gdy się spotykamy. "Zawsze mają dobre słowo dla nas pracowników i wiemy, że modlą się za nas... to takie ważne uczucie! Inaczej, co by się ze mną stało - gdyby Siostry nie towarzyszyły mi w mojej życiowej wędrówce. Jestem im wszystkim bardzo wdzięczna i nadal będę wierna siostrom. Siostry zestarzały się w międzyczasie i może uda mi się przynajmniej oddać im trochę z tego, co dobrego od nich otrzymałam.   Pani Agathe jest aktywna jako pracownik we wszystkich obszarach dotyczących porządku I czystości w naszym domu seniora. Dba o porządek w całym domu, nawet w tych miejscach, które w innych okolicznościach łatwo przeoczyć.   Dziękujemy jej i życzymy dalszego błogosławieństwa Bożego Siostra M. Felicitas
Świadectwo s. M. Benony SMI

Świadectwo s. M. Benony SMI

Zgromadzenie poznałam przez starsze siostry, które pracowały w miejscowości Fridrichstahl (Zagwiździe), gdzie mieszkałam. Siostry zajmowały się tam dziećmi i starszymi osobami, chodziły też do chorych. Była tam jedna starsza s. Gerwazja, która bardzo mnie polubiła, a ja ją. Ta znajomość pociągała mnie do klasztoru (“pociągnąłem ich więzami ludzkimi, a były to więzy miłości” Oz 11,4).          Niestety, w styczniu 1943 roku, Ruscy (Rosjanie) zastrzelili s. Gerwzję. W ten dzień przyszła od chorych, a tam był taki Rusek, który ją skrzywdził, a później wyprowadził na podwórko. Ona klęknęła koło krzaka bzu, a on zabił ją strzałem w bok głowy. Siostry wzięły ją do domu i po 3 dniach została pochowana bez księdza, który też się bał, że i jego zastrzelą. Ostatecznie tak też się stało. Mój tata zbił trumnę, wykopał grób i złożył s. Gerwazję do ziemi, bez żadnych ceremonii pogrzebowych. Ona leży tam na cmentarzu po dzień dzisiejszy.            Od 15 roku życia pracowałam u sióstr jako pomoc przy opiece staruszek i dzieci. Prałam, sprzątałam. Wtedy myślałam, że Pan Bóg specjalnie wychowuje i przechowuje w jakimś specjalnym miejscu dziewczęta, które chcą zostać siostrami zakonnymi, a później posyła do klasztoru. Chciałam wstąpić do klasztoru, było mi wszystko jedno do jakiego. Znałam też  siostry Noterdamki, ale one trzymały dystans wobec mnie, były niedostępne, a ja coraz bardziej pragnęłam wstąpić i być jedną z sióstr, więc przyszłam do Sióstr Maryi Niepokalanej, bo one mnie przygarnęły, okazywały dużo ciepła i zainteresowania. Napisałam list do s. Agredy po niemiecku, bo polskiego jeszcze nie znałam. Chciałam wstąpić 1-go października. Odpisała mi, abym wstąpiła wcześniej, by pójść do szkoły od 1-go września. I tak się stało. Wraz z innymi kandydatkami radowałyśmy się, że jesteśmy razem w klasztorze, było nas 14. Bardzo byłyśmy zżyte, kochałyśmy się wzajemnie.   W kandydaturze po raz pierwszy przyśnił mi się Ojciec Założyciel, tzn. jego grób. Po obu stronach stały dwa małe piękne anioły, w ręku trzymały światło i powiedziały: ,,przychodźcie tu do Założyciela i módlcie się, on was zawsze wysłuchuje”. Jeszcze wtedy nie znałam Założyciela, na początku  cieszyłam się tylko, że jestem w klasztorze. Po tym śnie zaczęłam bardziej poznawać naszego Ojca Założyciela, zaczęłam się modlić za jego wstawiennictwem i czuć z nim więź.     Później w 1953, będąc już w Otorowie na wywózce, po raz kolejny przyśnił mi się Ojciec Założyciel. Tylko już wtedy go widziałam. Był niby biskupem, ale przyszedł w cywilu, miał czarne spodnie i białą koszule, był wysoki, szczupły i dostojny. Byłyśmy ciekawe jak długo tam zostaniemy, czekałyśmy, aż nam to powie. Wiedziałyśmy, że przychodzi z nieba. Podniósł rękę, popatrzył w prawo, w lewo i powiedział: “Wytrwajcie siostry, wytrwajcie”. Za nim stał Anioł, który rozmawiał z siostrami i dał nam czarną wełnę. Wyszłyśmy za Ojcem Założycielem, ale tylko mogłyśmy dojść do granicy domu, dalej nie, bo on zaczął się wznosić do nieba. Byłyśmy jak uczniowie, którzy patrzyli na Wniebowstąpienie Pana Jezusa. Ten sen dodał mi więcej radości, chęci do modlitwy i w ogóle do życia. W marcu 25 na Zwiastowanie NMP, 10 sióstr i w tym ja, składało w Otorowie wieczne śluby. Było bardzo skromnie, ale radośnie. Dostałyśmy obrączki (nie wiem skąd) i rękawki w prezencie. Byłam bardzo szczęśliwa. Byłam z tych najmłodszych, miałam 23 lata. Zrobili nam zdjęcie.          Siostry Urszulanki, które mieszkały 10 km dalej, odwiedzały nas, a na święta i uroczystości - robiły nam niespodzianki, by sprawić nam radość. Początkowo pracowałam przez 3 miesiące w polu. Zbierałyśmy kartofle, buraczki, były żniwa. Później szyłam na maszynie koszule, pościel i prasowałam (75 koszul na dzień, ale ja prasowałam więcej), przyszywałam guziki. Codziennie rano była jutrznia, później Msza Święta, w południe modlitwy południowe, a popołudniu nieszpory. Modliłyśmy się brewiarzem po łacinie, często przewodniczyłam. Latem jak było gorąco modliłyśmy się na dworze siedząc na ławkach zrobionych z desek. W następnym roku w styczniu już nas wypuścili.          Pobyt w Otorowie umocnił moje powołanie, nie zniechęciło mnie to doświadczenie. Tylko jedna siostra po pierwszych ślubach wystąpiła, bo przyjechała po nią jej matka. Było tam 120 sióstr, ale tylko jedna poszła. Jakby moja mama po mnie przyjechała, to ja bym nie poszła.            Jestem dumna, że jestem w Zgromadzeniu Sióstr Maryi Niepokalanej i że to Maryja czuwa nad nami, bo jest najbliżej Pana Jezusa, jest naszą Opiekunką i Wspomożycielską. Ona jest nasza, a my jesteśmy jej dziećmi.            W momentach kiedy było najtrudniej, podtrzymywała mnie miłość wzajemna i radość bycia we wspólnocie. Doświadczałam, że bycie razem daje siłę.   Teraz mam 84 lata i czekam jeszcze na jeden sen, kiedy do mnie Założyciel przyjdzie. Chcę usłyszeć, co mi powie.   Nysa, 03.11.2014 (Wysłuchała i spisała s. Rachela Wąsowicz)      
Być jak Henoch

Być jak Henoch

„I żył Henoch w zażyłości z Bogiem. Potem zniknął, bo Bóg go zabrał.” (Rdz 5,24). Dosłowne tłumaczenie tego tekstu brzmi: „Henoch chodził z Bogiem, a potem go nie było, gdyż zabrał go Bóg.” „…chodził z Bogiem…”, no właśnie. Tylko co to dla mnie tak właściwie oznacza? Otóż w ostatnim czasie, to krótkie wyrażenie stało się podstawą mojej relacji z Jezusem, bo odkrywam piękno trwania nieustannie w Jego obecności. Niby jest to oczywista oczywistość dla siostry zakonnej, ale szczerze muszę przyznać, że u mnie nie zawsze tak było. Chodzi mi tu, rzecz jasna, o świadomość jego nieustannej obecności, nie na bazie lęku i poczucia osaczenia. Wręcz przeciwnie - na bazie wolności i rozbudzonego pragnienia „życia w obfitości”. To „chodzenie z Bogiem” cechuje prostota wyrazu, prostota gestów. Dla mnie trwać w Jego obecności oznacza np. brak podziału czasu w ciągu dnia na kawałki typu: teraz czas na pracę, teraz na modlitwę, a teraz „dla siebie” itp. Kawałkowanie mojego życia groziłoby przecież ryzykiem, że nie wszędzie będę Go chciała zaprosić…bo uznam, że jakaś cząstka mojego świata nie jest wystarczająco „święta”, aby przyjąć Jego obecność. Ale to przecież On uświęca swoją OBECNOŚCIĄ. I ja już tak dzielić nie chcę. A przede wszystkim mam świadomość, że On tego nie chce. On natomiast chce dzielić ze mną każdy czas…dosłownie. Przy tej okazji zdradzę mój, może trochę śmieszny, zwyczaj picia herbaty. Kiedy okoliczność sprawia, że robię to sama (czego generalnie nie lubię) to nakrywam dwa kubki i zapraszam Jezusa. Czasami pijemy w milczeniu, ale najczęściej On po prostu słucha…i to wystarczy. Może dziwne lub banalne, ale taki gest bardzo mi pomaga przypominać sobie samej, że czas należy do Niego. A skoro poskąpiłabym Mu teraz 15 minut przy kubku herbaty, to co ja z Nim będę robić całą wieczność? J Poczucie bycia nieustannie przed Bożym Obliczem pomaga, gdy przychodzą pokusy. Łatwiej i szybciej zreflektować się wtedy i zapytać Jezusa: „Czy Tobie podoba się to, jak postąpiłam?” „Chodzenie z Bogiem” to też podstawa uważnego i prostego życia, życia teraźniejszością. Jeśli chodzę „za rękę” z Bogiem to jestem skoncentrowana na znakach Jego obecności w moim życiu, w świecie mnie otaczającym. Nie trzeba mi wtedy wielości rzeczy, przeżyć, tłumu ludzi wokół. Wręcz przeciwnie - umiem „poprzestać na małym”, bo mam JEGO przy sobie…a więc mam wszystko (nie próbuję się karmić byle czym kiedy mam przy sobie SENS). No i żyję teraźniejszością, bo to w niej jest Bóg (nie w rozpamiętywaniu przeszłości i nie w zamartwianiu się o jutro). Co jakiś czas zadaję sobie pytanie, takie weryfikujące i ustawiające mnie do duchowego pionu: czy po mnie widać, że moje serce jest rzeczywiście już zajęte? (tzn. czy jestem rzeczywiście oblubienicą?, czy jest wiadome, że ja już z Kimś „chodzę”?, czy poza habitem jest we mnie rozpoznawalny znak bycia „kobietą Boga”?). Moje odpowiedzi bywają bolesne, ale pomagają wracać na wspólnie z Nim wydeptaną ścieżkę. „Przez wiarę zabrany został Henoch, aby nie oglądał śmierci i nie znaleziono go gdyż zabrał go Bóg. Zanim jednak został zabrany, otrzymał świadectwo, że się podobał Bogu.” (Hbr 11,5) O, jak bardzo chciałabym też otrzymać takie świadectwo od Boga… s. Franciszka Jarnot
Siła modlitwy

Siła modlitwy

Mieszkańcy Brzezia z ogromnym zaufaniem stają przy sarkofagu s.Dulcissimy modląc się w intencjach, które po ludzku biorąc są nie do rozwiązania. Przekonanie, że s.Dulcissima wciąż pomaga (jak obiecała) jest wciąż żywe i dodaje  duchowych skrzydeł tym, którzy proszą Boga za jej wstawiennictwem. Pani Regina, jak sama opowiada jest ciągle w bardzo bliskiej relacji ze służebnicą Bożą. Siostra Dulcissima nigdy jej nie zawiodła a pewnej nocy przyśniła się jej prosząc, by nie ustawała w modlitwie. Wśród wielu otrzymanych łask o jakich opowiada jest także doświadczenie z dzieciństwa, które przejmująco opowiada a które dotyczy uzdrowienia jej mamy Łucji. To świadectwo potwierdza fakt, iż modlitwa ma ogromną siłę. Świadectwo W 1956 roku w listopadzie ciężko zachorowała moja matka Łucja. Miała wtedy 35 lat. W domu było nas wtedy pięcioro dzieci, najmłodsza siostra miała 1 rok. Lekarze nie dawali żadnej nadziei. Przy operacji stwierdzono pęknięcie i rozlanie się woreczka żółciowego. Mama była cała żółta, bardzo szybko miała bardzo wysoką gorączkę 40 stopni. Przewieziono ją na chirurgię. Pomimo tego, że naprawdę stan był jej bardzo ciężki lekarz błyskawicznie podjął decyzje, że trzeba ją operować. To były lata, kiedy nie było jeszcze dobrej aparatury medycznej, trudno było zdiagnozować co to jest, ale dzięki operacji okazało się, że przy pierwszym ataku mamie pękł woreczek żółciowy. Było bardzo poważnie, mama nie chodziła, ale zapamiętała jeden moment kiedy to coś lub ktoś nią wstrząsnął, złapał i wstrząsnął. To był przełom w tej chorobie. Po półrocznym leczeniu szpitalnym, bardzo wychudzona, została wypisana ze szpitala. Liczyliśmy się z tym, że mama może umrzeć. Proboszczem w Brzeziu wtedy był ks. Rudolf Adamczyk, który widząc mojego Ojca jak się żarliwie modlił w kościele podszedł do niego i powiedział mu: „Panie Stawinoga, pana żona nie umrze. My się cały czas modlimy do siostry Dulcissimy.” Lekarz chciał przekazać mamę do szpitala we Wrocławiu w celach diagnostycznych, ale tato się nie zgodził i powiedział „zabieram żonę do domu” na co lekarz odpowiedział: „ ale nie ma ratunku, Pana żona już odchodzi.” Tato zabrał mamę do domu i nie ustawał w modlitwie. Mama po tym wszystkim dość szybko doszła do siebie, po pięciu latach urodziła się moja młodsza siostrzyczka Maria. Minął rok i moja mama zupełnie czuła się zupełnie dobrze, postanowiła pojechać do lekarza, który ją prowadził w szpitalu, by mu podziękować za wszystko. Kiedy lekarz ją zobaczył wstał na równe nogi o  powiedział: „To pani żyje? To cud”. My wiemy, że modlitwy nasze zostały wysłuchane. Siostra Maria Dulcissima to największy skarb w naszej parafii. Modlitwa trwa We wszystkich naszych klasztorach, modlimy się serdecznie prosząc o dar beatyfikacji służebnicy Bożej s. M. Dulcissimy Hoffmann. 18 dnia - każdego miesiąca - we wspólnocie w Brzeziu, w czasie  modlitwy nowenną odczytujemy powierzane nam intencje, które są nadsyłane drogę elektroniczną czy też pocztą. Zapraszamy wszystkich czytelników generalato.com do wspólnej modlitwy. Szczegółowe intencje można nadsyłać na adres [email protected], bądź : Siostry Maryi Niepokalanej, ul. abp Gawliny 5, 47-400 Racibórz Brzezie. Polska. S. M. Małgorzata Cur
Wybór

Wybór

O wyjeździe do Jaszkotla zdecydował Bóg. Znowu było inaczej niż myślałam czy zaplanowałam. A mianowicie. Po doświadczeniu pracy w naszym Domu Pomocy Społecznej w Żernikach prosiłam Pana Boga by uchronił DPS w Nysie przed pandemią. To była czysto egoistyczna myśl ponieważ DPS w Nysie jest mi drogi i z radością w sercu wspominam pracę tam. Jednak wiedziałam, że gdy zadzwoni siostra Samuela, obecna Dyrektorka tego Domu nie odmówię pomocy a wiedziałam już na czym polega taka praca. I stało się Siostra Samuela zadzwoniła… A ponieważ byłam już trochę nastawiona i przygotowana na taką informację wiedziałam co mam robić. Uzgodniłam tylko z Moją Siostra Przełożoną, że wcześniej jeszcze pojadę do domu Sióstr w Nysie, a potem już podejmę pracę w DPS. Cóż za radość mnie spotkała, gdy na miejscu już w Nysie otrzymałam informację, że siostra Dominika też się pakuje i będzie ze mną. Byłam spokojna. Będzie Dominika, jest siostra Samuela, siostra Anna, znam Dom, znam chłopaków ufff…, odetchnęłam. Odetchnęłam bardziej jeszcze, gdy w następnym dniu siostra Samuela oświadczyła że dali radę, nie potrzebna jest już nasza pomoc w pracy z chorymi chłopakami. Tego samego dnia, jeszcze wieczorem zadzwonił telefon. Od siostry Prowincjalnej… OOO pierwsza moja myśl „gdzie jeszcze mamy DPS?” Nie DPS a ZOL w Jaszkotlu. Krótka wiadomość porozumiewawcza już tylko do siostry Dominiki - „Jedziemy?” „Jedziemy”! Bóg tak chciał … Tego byłyśmy pewne… Ale zawsze po coś… A po co? Pojechałyśmy, co udało się nam zrobić, zrobiłyśmy i wróciłyśmy. Przestrzeń zaledwie kilkunastu dni… A tak wiele się zadziało… We mnie samej szczególnie! W moim sercu, sumieniu, w moim postrzeganiu… Bóg tak chciał, „wybrał…” abym i ja umiała „wybierać…” zawsze po coś, ostatecznie dla mnie… Otrzymałam stokroć więcej. Cóż takiego więc Bóg mógł mi dać przez taki króciutki pobyt pośród dzieci. Dzieci, które są bardzo chore, a jedocześnie bardzo szczęśliwe. Cierpiące, a jednak uśmiechnięte. Poranione, a jednak pełne ufności… Czasem gdy miałam chwilkę wolną w pracy, brałam jakieś dziecko na ręce i spacerowałam z nim gadając coś bez większego sensu do nich. Ale często też wtedy po prostu przytulałam te dzieci i myślałam wtedy o ich rodzicach. Myślałam różnie… czasem tylko z wyrzutami… Patrzyłam w ich oczy… Jak bym chciała sfotografować je… zachować w pamięci… zostawić sobie… Wróciłam do domu. Poprosiłam o chwilę czasu tylko dla mnie. Chciałam odpocząć… Ale to nie tylko o odpoczynek chodziło, jak się ostatecznie okazało. Spotkałam się ze sobą samą. Usłyszałam cicho, a potem głośno i co raz głośniej… Czemu one ich nie chcą… Ja chcę Jaśka, Mateuszka… itd. JA CHCĘ! To nie tak Boże. One nie chcą… z miliona różnych przyczyn. A ja… Macierzyństwo to jeden z najcudowniejszych Darów Boga… to jakaś forma Boskości w kruchym człowieku. Ja zrezygnowałam… oddałam… wybrałam… kilkanaście lat temu. Co mogłam wiedzieć o tym mając dwadzieścia lat. Teoretycznie tylko. Prawdziwy wybór nie zakaz przyszedł - dopiero teraz. Wybór Życia dla Życia… Te małe istotki chore, zostawione są dziś dla mnie… Są dla mnie dziś moim macierzyństwem i modlitwą. One są… jak perły dla świata. Dom w Jaszkotlu, Dom w Żenikach, Nysie i każdy inny nasz dom, gdzie mamy obok siebie osoby chore, pozostawione, oddane nam, to enklawy dobra w tym świecie gdzie „wybór, a nie zakaz” brzmi dla mnie inaczej. S.M. Daniela Gumienna