Zazdrość
Zazdrość przybiera najsubtelniejszą lub mikroskopijną formę aż po najdrastyczniejszą formę nienawiści, ponieważ wynika z poczucia zagrożenia ze strony drugiej osoby. Zasadniczo ta osoba nie ma spokojnego miejsca w twoim świecie. Zazdrość jest bardzo szkodliwa dla nas samych, ponieważ rozpala i utrzymuje w nas ogień nienawiści. Wiele naszej energii i uwagi poświęcamy na niszczenie dobra, które pochodzi od tej osoby. Musimy rozpocząć podróż w poszukiwaniu pokoju z tą osobą, opierając się na naszej pewności siebie i samoakceptacji. Ponieważ druga osoba staje się zagrożeniem, gdy nie widzimy siebie we właściwym miejscu. Don Giorgio
On wie, co znaczy być uchodźcą
Anioł Pana ukazał się we śnie Józefowi i powiedział: Wstań, weź Dziecko i Jego matkę i uciekaj do Egiptu. Bądź tam, aż ci powiem, bo Herod będzie szukał tego Dziecka, aby Je zabić. Wstał więc, wziął nocą dziecko i Jego matkę i udał się do Egiptu. Mt 2, 13-14 W tym roku nasze Zgromadzenie obchodzi patronalne święto św. Józefa w cieniu wojny – dramatu wielu bezbronnych ludzi, który zmuszeni są zostawić dotychczasowe życie i uciekać w poszukiwaniu schronienia. Jest to doświadczenie, którego my nie potrafimy sobie wyobrazić, ale nasz Patron, św. Józef doświadczył w swoim życiu czegoś podobnego. On wie, co znaczy być uchodźcą. W naszych modlitwach prośmy dziś św. Józefa, aby otoczył swoją opieką i pomocą wszystkie uciekające dziś matki i ich dzieci, tak, jak opiekował się Jezusem i Maryją. Polecajmy Mu dzisiaj wszystkich uchodźców, którzy zmuszeni są zostawić wszystko i uciekać w nieznane. A może obok modlitwy stać nas będzie na jakieś konkretne czyny wobec potrzebujących pomocy. Na materialny prezent, który w ten sposób ofiarujemy również św. Józefowi? Niech nasza miłość i nabożeństwo do św. Józefa objawia się również w konkretnych czynach. M. M. Sybilla Kołtan
Moja posługa w Ukrainie
Moja posługa w Ukrainie rozpoczęła się 20 lat temu. 12 kwietnia 20002 r. wyjechałam na naszą ówczesną placówkę w Sąsiadowicach, miejscowości położonej w Ukrainie zachodniej. Nasza działalność tam koncentrowała się na byciu i wspieraniu tamtejszej ludności. Odwiedzałyśmy chorych, starszych i samotnych. Służyłyśmy duszpastersko i charytatywnie w parafii. Ludzie byli bardzo życzliwi i wdzięczni. Często opowiadali jak im się żyło za czasów Związku Radzieckiego. We wsi były dwa wyznania: rzymsko-katolickie i greko-katolickie, ale nie odczuwało się wielkich podziałów. Wyznawcy greko-katoliccy chętnie przychodzili do nas na nabożeństwa a szczególnie na adorację Najświętszego Sakramentu. Święta też obchodziliśmy razem. Po kilku latach działalności w Sąsiadowicach, nasze Zgromadzenie otrzymało zaproszenie i prośbę od biskupa, by rozpocząć działalność duszpastersko-misyjną w Koziatyniu, we wschodniej części Ukrainy. Im bardziej na wschód Ukrainy, tym bardziej ludzie potrzebują opieki duchowej i działań misyjnych. Przełożeni Zgromadzenia zdecydowali się przenieść naszą misję z Sąsiadowic do Koziatynia, wyjechałyśmy tam w 2006 r. Ludzie bardzo się cieszyli z naszego przybycia. Parafia i kościół były bardzo zaniedbane, a ludzie mieli poczucie opuszczenia. Na początek zamieszkałyśmy w mieszkaniu jednej z parafianek. Parafianie od pierwszego dnia okazywali nam ogromną pomoc. Mogłyśmy na nich liczyć we wszystkim, czego było nam potrzeba, po to, byśmy tylko tam zostały. Po dwóch tygodniach odwiedził nas również biskup, by zobaczyć jak żyjemy. W Koziatyniu była wielka potrzeba naszej obecności i bardzo to odczuwałyśmy, a to dawało nam dodatkowe siły na rozpoczęcie tam naszej misji. Po pewnym czasie Zgromadzenie zdecydowało rozpocząć budowę własnego domu w Koziatyniu z pomieszczeniami na działalność duszpasterską. W nowym budynku powstała świetlica i salki dla dzieci. Także jedzenia u nas nie brakowało dla nikogo głodnego. Odwiedzałyśmy również chorych, samotnych i starszych. To przez rozmowy podczas tych odwiedzin nauczyłam się historii Ukrainy. Starsi ludzie chętnie opowiadali o swojej przeszłości i o wielu ciężkich przeżyciach. Słyszałam co ci ludzie przeżyli w młodości. Wzruszająca też była ich postawa wobec nas. Choć sami nie mieli wiele, bardzo nam chcieli pomóc i troszczyli się o nas jak o najbliższą rodzinę. Teraz, gdy już opuściłam Koziatyń płaczą za mną… Wojna w Ukrainie zaczęła się w 2014 r. wtedy żołnierze z naszej miejscowości również poszli walczyć, a ludzie jeszcze bardziej potrzebowali wsparcia i życzliwej obecności. Oprócz mojej codziennej misji, starałam się pomagać, jak tylko potrafiłam. Organizowałam różańce i medaliki, które wysyłałam dla żołnierzy na front. Oni tego bardzo potrzebowali. Nawet niewierzący, idąc na wojnę przychodzili do mnie po różaniec i medalik z wizerunkiem Maryi Niepokalanej. Rozdałam około 2500 różańców. Ale nie tylko różańce rozdawałam. Od jednego znajomego z Polski, dostałam kamizelki kuloodporne z prośbą, bym rozdawała je chłopcom z naszej miejscowości, którzy idą na wojnę, gdyż często byli powoływani na front bez przygotowania i zabezpieczenia. To była też dla nich ważna pomoc. Do naszej placówki zgłaszali się młodzi chłopcy wysyłani na wojnę, którym dawałam kamizelki, różańce i medaliki. Razem z parafianami modliliśmy się też za nich gorąco. Od 2014 na wojnie wielu ludzi ginęło, właściwie nie było dnia, by ktoś tam nie zginął. Ze względu na braki personalne w Zgromadzeniu, podjęto decyzję o zakończeniu naszej działalności w Ukrainie. Do momentu zakończenia formalności związanych z budynkiem, zostałam tam sama, kontynuując moje zadania. To dla mnie też było bardzo ciekawe i piękne doświadczenie. Wiele rzeczy musiałam organizować sama, ale wtedy jeszcze bardziej mi pomagali ludzie z miasteczka. Czułam się z nimi bardzo bezpieczna i doświadczałam jeszcze bardziej niż wcześniej ich wielkiej dobroci. Ja sama o sobie tak dobrze nie myślałam, jak oni o mnie… To był piękny czas razem! Dom opuściłam przed Bożym Narodzeniem 2021 r. Zgromadzenie zdecydowało pozostawić placówkę do dyspozycji diecezji, z zastrzeżeniem prowadzenia w nim działalności duszpasterskiej. Mam teraz nadal stały kontakt z proboszczem i z ludźmi z parafii. Jest to ważne, szczególnie po wybuchu wojny 24 lutego. Obecnie w naszym domu zamieszkują matki z małymi dziećmi, które uciekły z Kijowa. Są bardzo wdzięczne, bo w domu zostawiłam wszystko, co potrzeba do normalnego życia – nawet zapasy jedzenia. Teraz przygotowuję się do nowych zadań w Zgromadzeniu, ale sercem i modlitwą jestem z nimi. Dwadzieścia lat spędziłam w Ukrainie, to piękny czas w moim życiu, dlatego szczególnie dotykają mnie wiadomości z Ukrainy, która walczy o swoją przyszłość i rozumiem dobrze ludzi, którzy przeżywają wojnę i uciekają przed nią. S.M. Fabiana Furca
