Im więcej dajesz, tym więcej dostajesz
Jesteśmy źródłami energii wokół nas, ponieważ jesteśmy świątyniami Boga. Tak więc jakość energii, która z nas wychodzi, prawdopodobnie powróci w podobnej formie. Może nie pochodzić z tego samego miejsca lub od tej samej osoby, ale odzyskujesz skądś to, co dajesz. Jeśli więc nie podoba ci się to, co dostajesz, sprawdź, co dajesz. Sprawdź swoje nastawienie, intencje i uczucia. Teraz przygotuj się na zmianę jakości energii, którą dajesz. Możemy dać energię Boga lub możemy dać energię naszego ego. Im więcej dajesz, tym więcej dostajesz. Cokolwiek to jest. Don Giorgio
Urodziny w Cochem
- urodziny
Świadectwo
Siostra Łucja. Wiedziałam, że odchodzi, że to jej ostatnie dni życia. Starałam się dotrzymać jej kroku, zrozumieć i pojąć istotę umierania, przechodzenia do tego wymodlonego i oczekiwanego życia wiecznego. Ostatnie słowa Siostry Łucji wyszeptane przez słuchawkę jej wiecznie zawieszającego się telefonu: Heniusiu kochana, dziękuję ci za wszystko, za każdy twój dzień ze mną. Wybacz mi, jeśli nawet nieświadomie uraziłam cię, nawet w myślach tylko. Taka była Łucja. Nigdy nie myślała o sobie. Te prawie dziesięć lat przyjaźni i wspólnej pracy to była dla mnie ciągła nauka. Trudne pytania i jeszcze trudniejsze odpowiedzi. Mój bunt na niesprawiedliwość społeczną i podłość ludzką zderzał się z Łucji „nadstaw drugi policzek”. Mój gniew na ludzi, którzy zadawali mi kolejne ciosy i chęć odwetu spotykał jej cierpliwe „pomódl się za nich, poproś o łaskę rozróżniania dobra i zła, by przestali zło czynić. Z czasem stawałam się inną osobą. Bardziej cierpliwą. Nim wygłosiłam krytykę, zadawałam sobie pytania. Bolało. Im więcej pytań i im mniej odpowiedzi, tym bardziej bolało. Od tego dnia, kiedy Łucja przyszła do mnie i zawstydzona poprosiła o pomoc, minęło prawie dziewięć lat. Ona, święta Łucja (tak o niej wtedy mówili ludzie) stała przede mną w spranym habicie, pocerowanym na brzuchu, w zdeptanych klapkach i miętosząc w rękach starą obdartą na paskach torebkę – jej całe biuro obwoźne, z pieczątkami, notesikiem, starą komórką i usiłowała wytłumaczyć mi skąd jej bieda i niedostatek. Patrzyłam na tą dziwną postać ze złością. Wysłuchałam nieskładnej opowieści, ja, arogancka i pyskata, wściekła na wszystko, mająca gotowe rozwiązania i jednoznaczne odpowiedzi na każde pytanie. Nie dam siostrze pieniędzy, bo sama ich nie mam, ale będę pracować tak długo aż naprawimy ten system- zadeklarowałam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że by naprawić system będę musiała naprawić samą siebie. Było ciężko. Tyle wspólnie z Łucją przelanych łez pan Bóg nie mógł nie zauważyć. Musiały jego służby hydrologiczne odnotować znaczne stany wysokie, bo chyba się wkurzył i odpuścił nam te męczarnie z rządem. Łucja uczyła mnie pokory a ja uczyłam jej odwagi. Czasami w trakcie rozmów przy rządowych stołach, kiedy atmosfera osiągała temperaturę wrzenia, ukradkiem kopałam Łucję w kostkę, by poszła pomodlić się. Stała za niedomkniętymi drzwiami i siąpiąc nosem nad różańcem liczyła na Boską pomoc, że może jakiś cud się stanie. Z czasem stałyśmy się bardzo dziwną parą: ona duża, przygarbiona idąca ciężkim krokiem i ja mała, w glanach i drepcząca, obie siwe, chodzące razem jak para starych koni w zaprzęgu. Znajomi komentowali naszą medialność, że strach otworzyć lodówkę, bo Szczepanowska z Łucją tam będą. Łucja bała się mikrofonu i kamery. Nie lubiła nagrań, krępowało ją mówienie o swojej pracy, o problemach. Nie było wyjścia, godziła się w końcu na te kamery i mikrofony, bo trzeba było pokazać problem społeczny, obnażyć niedostatek opieki państwa nad porzuconymi dziećmi z upośledzeniem intelektualnym i wreszcie naprawić ten dziurawy system. Kochała dziennikarzy, nawiązywała głębokie przyjaźnie, bardzo osobiste i rodzinne. Dla każdego z nich było miejsce do spania i talerz zupy. Odwdzięczali się poszanowaniem jej prywatności i rzetelnością dziennikarską. Siostra Łucja znała wszystkich. Dosłownie wszystkich. Wszędzie. Miała bardzo sfatygowany zeszycik z numerami telefonów. Otwierała go w każdej potrzebie. Niekoniecznie swojej. „Miłosierdzie ma być ciche” mawiała wciskając mi banknot w rękę i pokazując babinkę grzebiącą w koszu ze śmieciami. Nie mów, że to ode mnie, daj jej dyskretnie, by nikt nie widział. Albo: Henia, popatrz na tego nieboraka, co idzie ulicą. On kiedyś był kimś, miał pieniądze, pozycję, był lekarzem. Pamiętaj o nim, on już nie pije, ale czasami potrzebuje parę złotych. Pracowałam za miskę zupy, bo praca bez nagrody to grzech – mawiała. Regularnie dostawałam gorący obiad, czyściutka serwetka i koniecznie dwie porcje obiadowe. Siostro, ja tego nie zjem, nie potrzebuję tak dużo, protestowałam. Podziel się, zobacz ilu biedaków chodzi po ulicy- zawsze miała gotową odpowiedź. Wiedziałyśmy obie, że choroba postępuje, niemoc i niewyobrażalny ból staje się jej nieodłącznym towarzyszem, co prowadzi tylko w jedną stronę. Do samego końca przekazywała mi swoisty testament, wskazywała osoby, powierzała je pod moją opiekę, prosiła o pamięć o nich. Do samego końca przytaczała też zabawne powiedzonko: „Zakonnica musi być człowiekiem, bo inaczej to i na kołku habit można zawiesić, tylko, że kołek przez to, że w habit ubrany, nie stanie się zakonnicą”. Henryka Szczepanowska
