Nasza misja na Filipinach

Nasza misja na Filipinach

Papież Jan Paweł II w Encyklice poświęconej misjom ; „Redemptoris Missio” napisał takie słowa: „Świadectwo życia chrześcijańskiego jest pierwszą i niezastąpioną formą misji”. „Ewangeliczne świadectwo, na które świat jest wrażliwszy, to poświecenie uwagi ludziom i miłość okazywana ubogim i maluczkim, tym którzy cierpią.” (R.M., pkt.42) Tak więc każda z nas jest misjonarką w swoim środowisku, w którym żyjemy i spełniamy swój apostolat. Jestem wdzięczna Bogu, że ponownie po 3 letniej przerwie, mogę posługiwać na misjach naszego Zgromadzenia i Kościoła tym razem na Filipinach, w stolicy kraju, Manili. Jest to ogromne 20 milionowe miasto powstałe z polaczenia 16 miast przyległych. Myślę, że tutaj właśnie bardziej niż gdzie indziej, można zaobserwować istniejące kontrasty i to na różnych płaszczyznach. Pierwsze to rzucające się w oczy zarazem wielkie bogactwo, jak i bieda - często skrajna. Można zobaczyć piękne bogate domy, centra handlowe, wieżowce i ulice jak z filmów amerykańskich, a kilka kilometrów dalej dzielnice nędzy i slumsow, ludzi mieszkających w barakach – budach skleconych z resztek znalezionych na śmietniku, bez dostępu do wody bieżącej i prądu, w okolicy wyglądającej jak jeden wielki śmietnik. Niektóre rodziny z dziećmi zamieszkują wprost na ulicy albo pod drzewem czy mostem lub na cmentarzu. Drugi kontrast to katolicyzm filipiński. Z jednej strony ponad 90 procent ludzi to katolicy i widzi się religijność na zewnątrz, np. w supermarkecie w południe przez megafony prowadzona jest modlitwa Anioł Pański, a o 15 modlitwa do Miłosierdzia Bożego, każdy motor i auto zaopatrzony jest w różaniec, prawie każdy dom w figurki i obrazy religijne, a z drugiej strony we Mszy Świętej uczestniczy niewielki procent katolików, prawie wszyscy przystępują do Komunii Świętej, a o spowiedzi to prawie się nie mówi, o czym świadczy brak konfesjonałów w typowym kościele parafialnym. Propaganda LGBT tak została mocno zaakceptowana przez społeczeństwo, że ludzie o odmiennej orientacji seksualnej manifestują zupełnie swobodnie swoją odmienność i nie słyszy się nawet w kościele nauczania chrześcijańskiego na ten temat. Bardzo wiele par żyje bez ślubu i szybko się rozstaje, tworząc kolejne związki. A w prawie cywilnym nie udziela się rozwodów, a jedynie można starać się o unieważnienie małżeństwa. Prawo aborcyjne także jest restrykcyjne czyli totalny zakaz. Jeszcze jakieś 15 lat temu Filipiny obfitowały w powołania kapłańskie i zakonne, a obecnie jest ogromny kryzys powołaniowy. Bardzo wiele zgromadzeń zakonnych - szczególnie żeńskich nie ma zupełnie nowych powolnań, a co gorsza sporo sióstr Filipinek opuszcza życie zakonne. Niestety nasze Zgromadzenie także nie doczekało się jeszcze lokalnych powolnań, mimo usilnych modlitw i udziału w licznych akcjach powołaniowych na różnych wyspach kraju. Czekamy obecnie na przyjazd kandydatki Rachel, która z powodu pandemii nie może jeszcze podróżować. Nasze siostry tutaj w Manili podejmowały różne dzieła misyjne i apostolaty jak ośrodek wychowawczy dla dziewcząt, przedszkole, katecheza w szkole, korepetycje i inne akcje na rzecz lokalnego społeczeństwa. Kiedy dołączyłam do wspólnoty dwa lata temu siostra Martyna wprowadziła mnie do prowadzonego przez nią od kilku lat apostolatu w jednej z najuboższych dzielnic Manili -Payatas, położonego tylko kilka kilometrów od naszego domu. Jest to dzielnica śmieciowa, gdzie zwozi się śmieci z całego miasta i duża część ludzi tam mieszkających zajmuje się segregacją śmieci w warunkach uwłaczających ludzkiej godności, za bardzo mizerną, najniższa zapłatę, wystarczającą na trochę ryżu dla rodziny. Dlatego w tej dzielnicy spora część ludzi, a szczególnie dzieci, jest niedożywiona, co skutkuje wysoką śmiertelnością - szczególnie dzieci. Z tego powodu siostry uznały za słuszne, aby rozpocząć tzw. programy dożywiania dzieci, które także prowadzi parafia, pod którą podlega ten ubogi rejon zamieszkały przez 100 000 ludzi. Korzystając z doświadczenia tamtejszej parafii, wybieramy najpierw miejsce gdzie jest najwięcej ubogich rodzin z dziećmi, często jest to zwykły plac albo teren kaplicy, odwiedzamy te rodziny zapisując jednocześnie dzieci do programu, jest to grupa do 50 dzieci - w zależności od uzyskanych funduszy na dany program. Codziennie, od poniedziałku do piątku, matki tych dzieci przygotowują ciepły, wartościowy posiłek z owocami, ucząc się tym samym prawidłowego odżywiania swoich dzieci, a my koordynujemy te prace i podajemy dzieciom witaminy. Taki program, to także, oprócz posiłku, który jest głównym celem, obejmuje również zajęcia edukacyjne dla dzieci i katechezę. Prowadzimy z dziećmi najpierw modlitwę, często śpiewaną, potem krótką katechezę na wybrany temat, a później zajęcia edukacyjne w zależności od wieku dzieci: przedszkolne, szkolne, nauka angielskiego. Dzieci chętnie uczestniczą w zajęciach, bo jest to czas dla nich, gdzie są otoczone troska, uwagą i miłością, której często nie mają w rodzinie. Matki także pomagają nam w organizacji zajęć i przy posiłkach. Taki program trwa 6 miesięcy, po czym szukamy innego miejsca, żeby objąć opieką i pomocą jak najwięcej rodzin. Poprzez bliski kontakt z dziećmi poznajemy także ich rodziny i problemy, odwiedzając często ich domy. Jest to okazja, aby w miarę naszych możliwości, przyjść z pomocą w konkretnej, trudnej sytuacji. Często jest to pomoc w zdobyciu lekarstwa albo dojazdu do szpitala. Siostra Barbara poruszona bardzo warunkami w jakich te rodziny często mieszkają - mokre, brudne baraki, bez wody i światła, z gromadka małych dzieci, zebrała od swoich znajomych pieniądze i udało się za nie kupić 3 domy dla 3 rodzin z dziećmi. Teraz gdy odwiedzamy te rodziny widać ogromną różnicę w życiu tych rodzin, mają nadzieję na lepszą przyszłość, starają się też bardziej dbać o rodzinę, dzieci chodzą do szkoły, są czyste i zadbane, dom pięknieje i radość gości na ich twarzach. Fundusze na ten apostolat zbieramy od dobrodziejów z Polski, Niemiec i innych krajów oraz organizacji kościelnych. W każdą sobotę organizujemy u nas w domu spotkania dla dzieci z okolicy. Głównym celem jest przekazanie dzieciom wartości chrześcijańskich, katecheza oraz spędzenie pożytecznie i radośnie czasu. Przychodzi około 50 dzieci, czasem więcej. Wspomaga nas w tych zajęciach ksiądz wikary z naszej parafii, prowadząc katechezę w języku lokalnym – tagalog. Dzieci mają prezentacje multimedialną i zajęcia rysunkowe związane z katechezą, później różne gry i zabawy, a na koniec skromny, ciepły posiłek, bez którego na Filipinach nie da się przeprowadzić skutecznie spotkania. Obejmujemy też pomocą w edukacji małą grupę młodzieży ze szkoły średniej, prowadząc tzw. scholarship (coś w rodzaju stypendium). Jest to młodzież z okolicy z najuboższych rodzin. W zamian za tę pomoc są oni wolontariuszami podczas sobotnich spotkań z dziećmi i pomagają przy różnych pracach w domu. Mają także zapewnioną przez nas formację duchową. Obecny czas pandemii zmusił nas do ograniczenia naszych działań zewnętrznych, ale ufam że wszystko jest w Bożych Rękach i że wszystko wkrótce wróci do normalności. Przez modlitwę i ofiarę, jak uczy nas Jezus, możemy niekiedy więcej zdziałać niż naszymi rękoma. Niech Bóg będzie uwielbiony we wszystkim! Proszę o modlitwę za misje, także za te na Filipinach, abyśmy mogły kontynuować tutaj na Filipinach i daj Boże w innych krajach Azji, dzieło misyjne Kosiła i naszego Zgromadzenia. Z pozdrowieniem i pamięcią w modlitwie za wszystkich przyjaciół misji s. Klaudia Olejniczak
Chór Seniora „Zardzewiałe gardła“

Chór Seniora „Zardzewiałe gardła“

Chór Seniora „Zardzewiałe gardła“ w domu spokojnej starości St. Katharina w Treis-Karden   Dyrektor chóru S.M. Ursula Potulski opowiada historię powstania tego niezwykłego chóru: Pomysł stworzenia chóru „Zardzewiałe gardła” powstał za namową organizatora przyjęcia adwentowego w 2013 roku. Dopiero we wrześniu 2014 roku odbyła się pierwsza próba chóru z udziałem 16 rezydentów naszego ośrodka dla seniorów oraz synowej jednej z mieszkanek p. Löhr. Ćwiczyliśmy jesienne piosenki na jesienny festiwal i odnieśliśmy sukces. Kiedy ćwiczyliśmy pieśni na adwent, trudniej było znaleźć piękne utwory, bo powinny to być adwentowe, a nie kolędy. Pani Löhr bardzo mi pomogła. Puszczała nasze piosenki życzeń z płyt CD i kopiowała teksty. Przez cały czas wspierali mnie również pracownicy administracji i opieki społecznej. Zawsze mogłam przyjść i zapytać, czy mogliby wydrukować dla mnie teksty piosenek, itp. Personel zaprojektował nawet dla nas foldery z piosenkami i dostarczył mi piękne okładki, abym zawsze mogła wyjąć stare piosenki i włożyć nowe. Pani Löhr podczas różnych pobytów w szpitalu i mojej rehabilitacji nadal prowadziła chór, w przeciwnym razie chór nie miałby kontynuacji. W naszym repertuarze znajdują się melodie filmowe od lat 20. do 60., melodie operetkowe i musicale oraz oczywiście pieśni ludowe. Z okazji Dnia Matki 2015 daliśmy godzinny koncert i wszyscy byli bardzo poruszeni. Nasz 6. koncert z okazji Dnia Matki miał odbyć się w tym roku, ale Covid pokrzyżował nasze plany. Nasza ostatnia próba chóru odbyła się 9 marca 2020 roku. Oczywiście śpiewaliśmy na Mszy św. w niektóre święta i śpiewacy zawsze byli z tego bardzo dumni. Szczególnym wydarzeniem było dla nas nagranie płyty. To było dla nas bardzo ekscytujące, ponieważ przyjechało do nas 2 pracowników studia nagrań. Nagrano 12 piosenek, a każdą z nich musieliśmy zaśpiewać dwa razy. Było to bardzo męczące dla śpiewaków, ale byli bardzo dumni, gdy młodzi ludzie chwalili ich za wytrwałość i wyraźną wymowę. Także telewizja przygotowała krótką relację o naszym chórze. Trzy lata temu śpiewaliśmy na festiwalu parafialnym, podczas którego odbyliśmy „muzyczną podróż do Włoch” z takimi piosenkami jak: „Chodź ze mną do Włoch”, „O mia bella Napoli”, „Kiedy w Capri ..” itd. W utworze „Arrivederci Roma” wszyscy śpiewacy machali włoską flagą. To był wielki sukces. Gdy występujemy w chórze, zakładamy czerwono-brązowe chusty, pasujące do nazwy. Nasza przełożona pielęgniarek podarowała nam te chusty. Naszą nazwę stworzyli sami mieszkańcy, którzy powiedzieli, że ich głos jest teraz zardzewiały. Tak, a teraz w ogóle nie wolno nam śpiewać, ani na próbach chóru, ani na kółkach muzycznych, ani na nabożeństwach. Szkoda, a mieszkańcy zawsze pytają: kiedy znowu zaśpiewamy. S.M. Ursula Potulski
List z Tanzanii

List z Tanzanii

Drodzy Przyjaciele Misji Pozdrawiam serdecznie z dalekiej i ciepłej Tanzanii.  Minęło sześć lat mojej pracy misyjnej w Tanzanii, gdzie zostałam posłana przez moje Zgromadzenie Sióstr Maryi Niepokalanej.  Obecnie mieszkam i pracuję w Dar es Salaam. Jestem zaangażowana w przedszkolu, ST.ANGELS DAY CARE CENTRE, dbam o zaopatrzenie i stronę ekonomiczną placówki współpracując z Siostrą tanzanijką Angelą, która jest dyrektorem. Dar Salaam jest miastem portowym wciąż rozwijającym się. Odkąd przyjechałam do tego kraju zauważam nowe drogi, coraz więcej samochodów. Rozwija się transport kolejowy, zarówno pasażerski jak i towarowy. Nie tylko nasze miasto, ale cały kraj rozwija się dynamicznie. Nasze Zgromadzenie jest obecne w Tanzanii 0d 1973 roku. Nasza troska jest skierowana przede wszystkim do dzieci, młodzieży i kobiet, ale także do wszystkich potrzebujących. W Dar es Salaam jesteśmy od 2001 r. Najpierw była to tylko katecheza w pobliskich szkołach oraz praca w parafii. W 2006 r. rozpoczęto budowę żłobka, aby objąć opieką dzieci a tym samym umożliwić młodym matkom podjęcie pracy. Zanim budowa dobiegła końca okazało się, że bardziej potrzebne jest przedszkole. I tak też się stało, wybudowano przedszkole, które funkcjonuje do dziś. Pierwsza grupka dzieci liczyła zaledwie siedmioro, ale rok szkolny zakończył się liczbą 36. Z każdym rokiem liczba dzieci wzrasta. W obecnym roku mamy 120 przedszkolaków. Są to dzieci pochodzące z różnych stanów i różnych wyznań. Część dzieci mieszka w znacznej odległości od przedszkola, dlatego korzystają z transportu, który oferuje nasza placówka. Szkolny środek transportu to stary bus, który często się psuje. Utrudnia to organizację zajęć szkolnych a także jest bardzo kosztowne. Przedszkole coraz dotkliwiej odczuwa przeszkody związane z naprawą pojazdu. Staramy się zebrać fundusze na nowszy autobus. Koszt nowego samochodu to 40 000 $. Zwróciłam się do MIVA POLSKA o dofinansowanie ( 15 000$) a także do Polskiej Ambasady w Tanzanii (12 000$). Aby ziścił się nasz cel potrzebujemy jeszcze 13 000 $. Oszczędzamy na wydatkach, ale to ciągle za mało, liczymy na dar serca i wsparcie naszych przyjaciół. Razem możemy więcej, podaruj możliwość edukacji tanzańskim dzieciom. Z serdecznym pozdrowieniem pamięcią w modlitwie Sr. M. Monika Kowarsz SMI
Uroczystości w Tanzanii

Uroczystości w Tanzanii

W Tanzanii, po uroczystościach zakonnych (ślubów sióstr, przyjęcia do postulatu i nowicjatu), rozpoczynamy kolejny rok formacji. Wcześniej pisałam o planowaniu tych uroczystości, teraz podam kilka informacji o ich przebiegu. Po przygotowaniu duchowym, w którym pomogły nam rekolekcje, rozpoczęłyśmy przygotowania w organizowaniu uroczystości. W tym roku, ze względu na pandemię uroczystości były nieco skumulowane w miejscu i czasie. Wszystko odbywało się w Chikukwe w przeciągu dwóch dni. To „intensywne” świętowanie miało jednak swój specjalny urok. Bezpośrednie przygotowania były też w pewnym sensie kolejnym świętem – świętem wspólnoty i dobrej współpracy. Pomagały również siostry, które przyjechały z innych placówek na uroczystości. Każda dostała jakąś odpowiedzialność: np. s. Anna (mistrzyni postulatu) i s. Jacenta (przełożona z Nuncjatury) były odpowiedzialne za zrobienie mandazi i pilau (tradycyjnego jedzenia, którego nie może zabraknąć w Tanzanii podczas wielkich świąt). Mistrzyni nowicjatu s. Ksawera piekła chleb i banany z mięsem. Ja zostałam przeznaczona do rozebrania ćwiartki byka i przyrządzenia go wraz z kurczakami. S. Franciszka przełożona z Nanjiota dekorowała kaplicę i była wraz z s. Miriam odpowiedzialna za liturgię. Oczywiście było wiele radości w czasie tych prac, ale z pewnym umiarem, bo chciałyśmy też uszanować skupienie sióstr, które przygotowywały się duchowo do swoich wielkich dni. W dzień uroczystości 28 sierpnia, pobudka była wczesna dla jednych nawet o 2.00 a dla innych o 4.00, by zdążyć z gotowaniem i ostatnimi pracami do jutrzni o 6.30. Po wspólnych modlitwach i jutrzni nastąpił moment przyjęcia do nowicjatu czterech postulantek, które przyjęły nowe imiona: Sr. Eliana, Sr. Prisca, Sr. Diana, Sr. Grace. W Tanzanii zewnętrzną oznaką przyjęcia do nowicjatu jest habit i biały welon. Dla nowicjuszek jest to zawsze bardzo ważny moment, bo widoczna dla wszystkich jest zmiana – nie tylko ich życia, ale nawet wyglądu. Habity i welony poświęcił ks. Biskup oraz pobłogosławił nasze nowe siostry, które teraz przez codzienną pracę, modlitwę, zgłębianie Słowa Bożego i naszych Konstytucji, ale przede wszystkim przez wspólne życie w radościach i problemach będą się przygotowywały do utwierdzenia swojego zamiaru poświęcenia życia Bogu we wspólnocie zakonnej. Po sesji zdjęciowej w pięknych, nowych habitach oraz szybkim, ale wspólnym śniadaniu, była ostatnia próba śpiewu pod okiem sr. Anny. O godz.10.00 rozpoczęła się uroczysta msza święta, podczas której trzy siostry nowicjuszki: Sr.M. STEFANIA, Sr.M. EMILIA, Sr.M. MARCELINA, złożyły swe pierwsze śluby zakonne. A siostra Sr.M. Regina, Sr.M. Clelia, Sr.M. INOCENCJA, Sr.M. TEODORA, śluby wieczyste. Sama liturgia mszy świętej trwała dwie i pół godziny. Zapewne ten czas zapadnie głęboko w sercach tych sióstr, czas zaślubin z Bogiem, całkowitego oddania się Jemu. Tego momentu się nie zapomina! Wspominanie tego momentu, myślę, że towarzyszy każdej z nas, niezależnie od stażu zakonnego i pomaga przetrwać trudne chwile w naszej posłudze oraz w rozwoju duchowym. Te podniosłe i piękne uroczystości wzbudzały w nas wiele radości z chwili obecnej, z nowych sióstr, ale także wiele wspomnień z naszych własnych uroczystości. Po pięknej liturgii oraz zaspokojeniu pierwszego głodu, nastąpiła część artystyczna, podczas której nowicjuszki i junioryski wykonały różne śpiewy, tańce oraz skecze. Patrząc na nie, jak radośnie nas zabawiały zastanawiałam się, kiedy one to przygotowały? Przecież tyle było innej pracy przed uroczystościami. Śpiew i taniec są nieodłącznym elementem wszelkich uroczystości w Afryce. Świętując, trudno tutaj się obejść bez śpiewu i tańca. Zresztą jedno pociąga za sobą drugie. Jak śpiewać nie poruszając się w rytm muzyki? Jak poruszać się rytmicznie bez prowadzenia bębnów? Myślę, że taniec jest zwierciadłem wnętrza naszych sióstr. Zarówno ten podczas liturgii jak i rekreacji. Następnego dnia było przyjęcie do postulatu pięciu kandydatek w Nanjiota. Dla mnie samej ten czas świętowania jest zawsze wielką radością, ponieważ widzę jak Zgromadzenie tutaj żyje i się rozwija. Jestem wdzięczna Bogu, że mogę uczestniczyć w uroczystościach, o których w Polsce powoli się zapomina na skutek braku powołań. Wspominam wówczas swoje obłóczyny, śluby pierwsze, wieczyste. Jest to też moment refleksji nad swoją gorliwością i wiernością Bogu. Bądźmy wdzięczne Bogu za każde powołanie w Tanzanii. S.M. Monika
W SERCU KOŚCIOŁA

W SERCU KOŚCIOŁA

„Zaufaj Bogu, On ma dla Ciebie lepszy plan” Jeden telefon z zapytaniem: „Siostro, czy mogłabyś pomóc w zakładzie w Żernikach, gdzie są kobiety zarażone wirusem?”. Moja odpowiedź brzmi: „Tak, bardzo chętnie”.  Znam dom w Żernikach i pracowałam z dziećmi niepełnosprawnymi, więc sama praca mnie nie przerażała, jednak w głowie miałam myśli, w jaki sposób uda się poznać te panie, ich imiona i zatroszczyć się o nie? Kto jeszcze będzie pomagał? Czy będą pracownicy? Pomimo tych nurtujących mnie pytań miałam pokój w sercu i zarazem radość, że będę mogła pomóc oraz ufność, że Bóg zajmie się wszystkim. Wielu z nas wydaje się, że ma ciężko, codziennie zmaga się z jakimiś trudnościami, żalimy się, narzekamy, że czegoś nie mamy, że przełożeni „każą nam coś robić” czy też decydują za nas w pewnych sprawach. Czasami zdarza się i mnie narzekać, codziennie małe sprawy urastają do wielkich problemów, pewne ograniczenia, które narzuca życie zakonne czy przełożeni są „uciążliwe”. Rzeczywistość, którą zastałam po przyjeździe do Żernik pozwoliła popatrzyć na pewne sprawy w moim życiu inaczej. Osoby, którymi przyszło mi się zająć, znoszą wszystko w wielką cierpliwością, bez większego narzekania i oporów, choć ich codzienność nie napawa optymizmem. Nasze podopieczne nie mają większego wpływu na to, w jaki sposób ten dzień będzie przebiegać. Są zależne prawie całkowicie od swoich opiekunów – ktoś musi im pomóc się ubrać, pomóc w toalecie, nakarmić czy nawet pójść do lekarza i powiedzieć co boli. Opiekunowie wybierają za nich, co mają jeść, jakie buty mają ubrać, jakiego dezodorantu używać. Nie ukrywam, że chwilami jest ciężko fizycznie i emocjonalnie.  Pracujemy po 12 godzin dziennie, w kombinezonach, maseczkach, ochraniaczach na buty, wykonując te same czynności każdego dnia. Rutyna, zmęczenie, wewnętrzne zmaganie się żeby nie narzekać. Co daje siłę? Jedność i wzajemna współpraca, rozmowa z siostrami, dzielenie się radościami i tym, co trudne, wzajemna pomoc. Jeden uśmiech podopiecznej, bez przednich zębów - prawdziwy, szczery; spojrzenie prosto w oczy, od osoby, która nie potrafi mówić, gest skinienia głową w dowód wdzięczności, za podany posiłek, za pomoc w kąpieli; przytulenie, oparcie głowy na moim ramieniu ze słowami „siostro lubię ciebie” - potrafi zrekompensować bolące nogi i zmęczenie, cały trud.  Innym razem dziewczyna, która przychodzi po śniadaniu i wręcza mi rysunek z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego, pod którym napisała sama „Jezu ufam Tobie”- łzy same napłynęły mi do oczu. Myśl – Jezus jest ze mną, mam zaufać, jest tutaj między tymi dziewczynami, jest w nich, daje siłę. Któregoś dnia podczas obiadu dostrzegam moment, kiedy jedna z kobiet przytrzymuje miskę mniej sprawnej koleżance, która siedzi obok, pomagając jej przy tym zjeść zupę. Wydawać by się mogło „mało znaczący gest”, ale jak poruszający moje serce. Od nich można się nauczyć wrażliwości i dostrzegania potrzeb słabszych. W chwili, kiedy czuję zmęczenie, ból głowy po kolejnym dniu pracy, zwracam uwagę na dziewczynę, która chodzi z wizerunkiem Jezusa, głaska go, wpatruje się w niego, z wielką czułością całuje. To sprawia, że zadaję sobie pytanie jak wygląda moja miłość do Jezusa. Można zadać sobie pytanie: Gdzie jest w tym wszystkim Bóg? Przecież te kobiety są chore, skazane i zależne od innych. No właśnie, jest w tych wszystkich sytuacjach, drobnych gestach, w uśmiech, w spojrzeniu, w dziecięcej radości, wrażliwości. Nie zawsze jest tak jak sobie zaplanujemy, wymyślimy czy wymarzymy. Można się buntować, denerwować, narzekać, ale też można szukać sensu w zmianie planów swojego życia, dostosować się do nowej sytuacji, bo przecież wszystkim kieruje Bóg, który wie lepiej, co dla nas najlepsze. Czas spędzony miedzy tymi kobietami to jeden z piękniejszych momentów w ostatnich miesiącach mojego życia. S.M. Noemi     Czas… Wiadomość, myśl, chwila… i decyzja. Świat osób niepełnosprawnych jest obok mnie od zawsze. W domu rodzinnym, w szkole… Ale nigdy aż tak bardzo, gdy po pierwszym roku życiu u mojego siostrzeńca zdiagnozowano niepełnosprawność. Wołanie do Boga odbijało się echem. Więc i wiara słabła a w ślad za nią kwestia „poczucia” powołania. Czy na pewno droga życia zakonnego, skoro Bóg…taki nieobecny. Chyba uśmiech, radość i miłość, jaką to dziecko wniosło w życie naszej rodziny nie pozwoliły zwątpić do końca.  Dość szybko odkryłam w nim „inny, duchowy świat” – piękny i niedostępny nawet dla mnie – siostry zakonnej. Czas mijał i wiele się działo. Udawało się czasem pomóc mojej siostrze w towarzyszeniu jej i jej synkowi w kolejnych pobytach w szpitalach. We wrocławskim szpitalu na oddziale neurologicznym spotkałam chłopca o pięknym śnieżnobiałym uśmiechu z blond włoskami, z ogromnie ciężką, bolesną chorobą. Wszyscy mówili mi, że to „Siostry dziecko”. Ze zdziwieniem pytałam:, „o co chodzi?” Okazał się to być chłopiec z naszego domu z Piszkowic. Taka mała istotka po raz kolejny ukradła moje serce. Tak, to było „moje dziecko” – naszych sióstr, moich sióstr z Piszkowic. To krótkie spotkanie mocno zostało w moim sercu. Gdy pojawiła się prośba o pomoc w domu w Piszkowicach w sierpniu z powodu wirusa, było dla mnie oczywistym, że chcę, że nawet muszę. Niestety okoliczności, w których otrzymałam tę wiadomość uniemożliwiały mi pomoc „od zaraz”.  Kiedy Siostra Prowincjalna zapytała o możliwość pomocy w naszym domu w Żernikach… Oj … „to nie są już dzieci”, brzmiało mi w głowie. Trudniej było mi już podjąć decyzję tak szybko, jak poprzednio. Nawet teraz nie umiem do końca wyjaśnić jak to się stało, że tu jestem. Chyba po prostu nie analizowałam i nie dopytywałam o szczegóły pracy. Dobrze. Będę. I tyle. Cieszyła mnie wiadomość o siostrach, które tam mają być ze mną. Lubimy się spotykać w takim naszym „seniorackim” gronie. Pierwsze chwile naszej wspólnej pracy – białe folie, w które musiałyśmy się niezgrabnie ubrać od stóp po szyję, maseczka i gogle…, wstrzymywały oddech. A jak w tym pracować…? W ogóle jak stanąć przed chorym człowiekiem w foli…? 12 godzin pracy codziennie, sobota, niedziela i ta świadomość, że nikt nas na razie nie wymieni, że zostałyśmy same na obcym gruncie domu, pracy, ludzi.  To były chwile trudne. Pierwszy dzień pracy w tych foliach, jak je nazywam - trwał wieki. Ale przyszedł pierwszy wieczór i radość z możliwości ściągnięcia tego oraz perspektywa odpoczynku… uff…. Radość ta trwała krótko, ponieważ przyszła nowa radość… Wieczór i pół nocy spotkania z Siostrami. Nie umiałyśmy się „nagadać”.  Tyle myśli, tyle spraw. Dzieliłyśmy się obawami i lękami tym co przed nami, i tym „Jak…? Jak damy radę? Tyle nowych rzeczy w pracy z tymi kobietami”. Nie pamiętałyśmy już większości informacji - kto gdzie śpi, czy je „miksowane”, czy jest spokojna… Jedna z sióstr wtrąca pytanie „czy pampers M jest mniejszy od L?”. I wiele, wiele innych…, ale jedno było pewne mamy siebie nawzajem, modlitwy naszych współsióstr i pewność obecności Boga, ponieważ „gdzie dwaj albo trzej są w imię Moje, tam jestem pośród nich” Mt 18, 20 Następne dni to czas spotkania. Czas spotkania samego Boga. Żywego obecnego pośród nas i w każdym z nas. Boga obecnego przede wszystkim w chorych naszych dziewczynach. Czułam, że zaprzyjaźniam się z dziewczynami. Że przytulam, coraz mocniej, szczerzej i że z serca chcę ich dobra. Pan Bóg jest tu taki bliski, na wyciągnięcie ręki. Przez umytą komuś twarz, przez podany obiad, umycie podłogi… Każdy uśmiech i gest tych kobiet. „Siostro kocham cię” - powtarza Agnieszka, mieszkanka tutejszego domu. Początkowo mimochodem słyszałam te słowa, później poczułam jak one we mnie żyją, jak staja się także moimi… „Kocham cię Agnieszko… kocham Was dziewczyny…” W kościele to one są Jego sercem ja mogę być ręką, nogą…, ale to One są tą najważniejszą i najcenniejszą Jego cząstką, która rozczula serce Boga. S.M. Daniela     „Panie, miłuję dom, w którym mieszkasz i miejsce, gdzie przebywa Twoja chwała” Ps. 26,8   Ten fragment towarzyszył mi, gdy rozpoczynałam wolontariat w Żernikach. Modliłyśmy się nim w czasie modlitw południowych w brewiarzu, w dniu naszego przyjazdu. Patrząc na kobiety, które tu przebywają wiedziałam, że to miejsce, w którym Bóg jest. To Jego dom, a ja mogę w nim tutaj być. Praca w tym miejscu uczy mnie szacunku względem kobiet upośledzonych, chorych psychicznie. Są kobiety, z którymi kontakt jest ograniczony: nie mówią, nie pokażą, o co im chodzi. A jedna z sióstr mówi: one wiele rozumieją. To osoby, którym należy się ogromny szacunek, traktowanie z godnością: w słowach, gestach. Widzę, będąc wśród nich, jak nasza radość, otwartość względem nich budzi ich ufność, serdeczność, jak pomaga w pielęgnacji ich i opiece nad nimi. Gdy poznałam je po imieniu, stały się mi jeszcze bliższe. Początkowe przerażenie: ”jak podołam”, odeszło szybko. Weszłyśmy w rytm tego domu, który wyznacza tutaj opieka nad kobietami: karmienie, przebieranie, mycie. Lubię uśmiech tych kobiet, ich śmiech, bawią mnie ich hasła, czuję ich wdzięczność, widzę jak chętnie z nami przebywają. Towarzyszymy kobietom w ich radości, smutku, strachu - w tych odczuciach wszyscy jesteśmy podobni. Kobiety potrzebują tak niewiele - czułości i otwartego serca, kogoś, kto spojrzy życzliwie, przytuli, pobędzie z nimi. Dla nich nie ważny jest świat materialny, (choć, jak wiele kobiet, cieszą się ładną bluzką, koralami na szyi). To mi pokazuje, że człowiek jest relacyjny. Za czym tęskni człowiek: za drugim człowiekiem, za dotykiem, realną obecnością. Doświadczenie obecności to siła, bezpieczeństwo, miłość, to mi tak namacalnie pokazują te kobiety. Nie tylko ja jestem dla nich, ale one też dla mnie. Bycie z kobietami uczy mnie łagodności, pokory w tym, co jest. Jesteśmy podobne, gdy z czułością, wypowiadamy słowo ”mama”. Wiele kobiet, nawet te, które niewiele mówi, często powtarza to słowo: „mama”. To takie wzruszające, że matka zawsze jest kimś najbliższym. To jest zapisane w głębi ich serca. Tutaj spotykam się z bogactwem ich serc. Jedna z kobiet mówi: „Nie mam mamy, ale mam Matkę Bożą, która jest w kaplicy”. Nie wiem skąd te siły we mnie do pracy, to już kolejny dzień obowiązków po 12 godzin dziennie. Widzę to, jako dar. Ten czas teraz to takie ubogacenie dla mnie. Cieszę się obecnością moich sióstr, z którymi wspólnie mogę tu być. Widzę jak radość bycia ze sobą sprzyja owocnej pracy, praca idzie płynnie, a przy niej mamy sporo radości. Tutaj wszelkie inne problemy bledną.   S.M. Dominika
Moje doświadczenie COVID-19

Moje doświadczenie COVID-19

Pandemia panuje już od dłuższego czasu na świecie, ale miałam nadzieję, że do nas do Poszkowic, tej spokojnej wsi Kotliny Kłodzkiej nie trafi, a jednak nie zapomniała o nas doświadczając nas swoim istnieniem. Wszystko zaczęło się pogorszeniem stanu zdrowia naszej Siostry Przełożonej Łucji. Myślałam że ten stan związany jest z przewlekłą chorobą nowotworową i przerzutami, o których wiedzieliśmy już od dłuższego czasu. Wiedzieliśmy, że kiedyś nastąpi ten czas przejścia ale nikt z nas się nie spodziewał, że przyjdzie on tak szybko i w dodatku jeszcze z zakażeniem covid.  Siostry też zaczęły chorować, ale po wizycie pani doktor uspokoiłyśmy się trochę. Ze względu na brak poprawy zdrowia sióstr, pomimo zastosowania leczenia, podjęłyśmy decyzję zrobienia testów wszystkim siostrom. Czekałyśmy na wyniki jak na wyrok. Na drugi dzień usłyszałyśmy, że jesteśmy wszystkie zakażone oprócz jednej najstarszej siostry. Szybka decyzja – izolacja by nie zarażać dzieci i innych pracowników. Strach dodawał sił do przenoszenia sióstr i umieszczenia w innych pomieszczeniach domu. Stan Siostry Przełożonej Łucji cały czas się pogarszał. Od wtorku była wspomagana oddechowo i dodatkowo farmakologicznie. Po otrzymaniu dodatniego wyniku S. Przełożona, natychmiast uruchomiła wszystkie znajomości by pomóc naszym dzieciom i pracownikom. Można było zauważyć cały czas troskę co będzie z dziećmi, z nami i pracownikami. Choroba nadal postępowała, stan jej pogarszał się z godziny na godzinę. Czuwałyśmy na zmianę bezradne, licząc tylko na Boże Miłosierdzie. Nie zważałam na to, że też byłam zakażona, gdyż nie miałam typowych objawów ważne było dla mnie by być przy naszej siostrze. Najgorsza była noc z 1 na 2 sierpnia. Byłam przy siostrze do godziny 1:15 potem zmieniła mnie s. Paula i wtedy się zaczęło przejście na drugą stronę. Nasza niemoc jak ulżyć w cierpieniu i ogromnej duszności… Kiedy przyszłam rano około godziny 6:05 siostra Łucja była cały czas świadoma, z trudnością oddychała pytała jak długo to potrwa, bo to już cztery godziny? Ostatni zryw: „chcę na łóżko” (cały czas siostra siedziała na fotelu, ponieważ miała wielką duszność związaną z przerzutami na płuca). Około godziny 6:55 wiedząc, że czas przejścia się zbliża, poszłam po resztę sióstr. S. Przełożona Łucja szukała nas wzrokiem rozpoczęliśmy modlitwę, Koronkę do Bożego Miłosierdzia, którą tak często się modliła. Po skończonej modlitwie, o godzinie 7:40 przeszła do Domu Ojca pełna pokoju, w święto Matko Bożej. Potem przyszła niemoc, chwila załamania co będzie z dziećmi, ile jest zakażonych dzieci i pracowników. Kto przejmie opiekę, kto pomoże? My nie możemy, jesteśmy w izolacji! Pozostała tylko cicha modlitwa całą sobą, gdyż choroba zaczynała dawać coraz więcej objawów. Odpowiedź przyszła błyskawicznie. Przyjedzie do was s. Alma ze Świnoujścia, ona wam pomoże. Tą wiadomością od s. Prowincjalnej od razu podzieliłam się z Siostrami, jest nadzieja, że da radę sprostać danej sytuacji. Zdążyłam w sobotę po pozytywnych wynikach na covid tylko podzwonić do moich przyjaciół prosząc o modlitwę w naszej intencji. Cały czas zwracałam się do Świętego Józefa, Ojca Założyciela i zmarłej siostry Łucji o pomoc w trudnej naszej sytuacji. Znaleźli się ludzie, którzy szybko odpowiedzieli na naszą prośbę o pomoc. W niedługim czasie do pomocy przyjechała także s. Vianeja z Branic. Boże dzięki Ci, powoli sytuacja się stabilizuje, ale jeszcze brak ludzi do opieki nad dziećmi. Byłam tylko w stanie prosić św. Józefa o pomoc. Jak zawsze nie zawiodłam się na jego wstawiennictwu. Potem przychodziły następne dni, w których próbowałyśmy modlić się wspólnie, ale fizycznie nie byłyśmy w stanie. Choroba postępowała z dnia na dzień u poszczególnych sióstr w różnym stopniu, miały raz lepszy, raz gorszy dzień. Jedyne co nas łączyło to bycie choć chwilę razem, czy przy wspólnych posiłkach, czy chociaż posiedzieć chwilę obok siebie i cokolwiek pomóc, wzajemnie się wesprzeć. Mobilizacją dla mnie była s. Łucja jej postawa walki, służby do końca swoich dni, pomimo niemocy szłam do współsióstr by być razem z nimi. Tu zrozumiałam jak bardzo ważne jest oprócz modlitwy bycie razem z siostrami. Modlitwa jest bardzo ważnym ogniwem, ale bycie, zrozumienie i wzajemna troska sióstr dodawała chęci do pokonywania trudności związanych z chorobą. Bywały chwile bardzo trudne, nie umaiłam się modlić, modlitwa jakoś się nie kleiła. Pan dał mi znowu szybko do zrozumienia, że jest ze mną. Jeden otrzymany sms i tu odpowiedź na mój aktualny stan, potem telefon od przyjaciela, osoby duchownej i następna wskazówka „w każdym położeniu chwalcie Pana…”! I tu wkroczył na nowo Pan ze swoją łaską, tak jak ojciec, który bardzo kocha swoje dzieci, od tego momentu na nowo zaczęłam na wyrywki czytać moją ulubioną Księgą Psalmów i codziennie dawał mi odpowiedź na moja daną sytuację (Ps 38,2-4  Ps 46 1-4 Ps 23, 13 Ps. 28,1-2 Ps 66, 9-11 Ps 119,  25-27 Ps 134 Ps 111 7,9). Dzięki Jego słowu codziennie więcej przybywało mi sił do modlitwy i dawania siebie na miarę moich sił siostrom. Wielkim wsparciem były też rozmowy z przyjaciółmi i z siostrami z innych palcówek, a także przebywanie z moimi siostrami choć przez chwilę, czy to w milczeniu, czy w uczestniczeniu we wspólnej Eucharystii niedzielnej przez środki masowego przekazu, troska jedna o drugą, pomimo zmagania się z tą samą chorobą. Od momentu rozpoczęcia nowenny (13 sierpnia) za orędownictwem naszego Ojca Założyciela, którą odmawiamy wspólnotowo, Pan na nowo układa nasze życie i dodaje sił do pokonywania codziennych trudności. I na koniec słowa śp. Siostry Przełożonej Łucji, które głęboko utkwiły mi w moim sercu „Ja kończę przełożeństwo z coroną, a ty zaczynasz w coronie”. Proszę w modlitwach siostrę Łucję, by razem z Niepokalaną Naszą Matką, naszym Ojcem Założycielem, z s. Dulcissimą oraz naszymi zmarłymi siostrami, nadal czuwała nad dziełem, które zbudowała i by wypraszała dla nas wszelkie potrzebne dary i łaski.   S.M. Klara