W SERCU KOŚCIOŁA

W SERCU KOŚCIOŁA

„Zaufaj Bogu, On ma dla Ciebie lepszy plan” Jeden telefon z zapytaniem: „Siostro, czy mogłabyś pomóc w zakładzie w Żernikach, gdzie są kobiety zarażone wirusem?”. Moja odpowiedź brzmi: „Tak, bardzo chętnie”.  Znam dom w Żernikach i pracowałam z dziećmi niepełnosprawnymi, więc sama praca mnie nie przerażała, jednak w głowie miałam myśli, w jaki sposób uda się poznać te panie, ich imiona i zatroszczyć się o nie? Kto jeszcze będzie pomagał? Czy będą pracownicy? Pomimo tych nurtujących mnie pytań miałam pokój w sercu i zarazem radość, że będę mogła pomóc oraz ufność, że Bóg zajmie się wszystkim. Wielu z nas wydaje się, że ma ciężko, codziennie zmaga się z jakimiś trudnościami, żalimy się, narzekamy, że czegoś nie mamy, że przełożeni „każą nam coś robić” czy też decydują za nas w pewnych sprawach. Czasami zdarza się i mnie narzekać, codziennie małe sprawy urastają do wielkich problemów, pewne ograniczenia, które narzuca życie zakonne czy przełożeni są „uciążliwe”. Rzeczywistość, którą zastałam po przyjeździe do Żernik pozwoliła popatrzyć na pewne sprawy w moim życiu inaczej. Osoby, którymi przyszło mi się zająć, znoszą wszystko w wielką cierpliwością, bez większego narzekania i oporów, choć ich codzienność nie napawa optymizmem. Nasze podopieczne nie mają większego wpływu na to, w jaki sposób ten dzień będzie przebiegać. Są zależne prawie całkowicie od swoich opiekunów – ktoś musi im pomóc się ubrać, pomóc w toalecie, nakarmić czy nawet pójść do lekarza i powiedzieć co boli. Opiekunowie wybierają za nich, co mają jeść, jakie buty mają ubrać, jakiego dezodorantu używać. Nie ukrywam, że chwilami jest ciężko fizycznie i emocjonalnie.  Pracujemy po 12 godzin dziennie, w kombinezonach, maseczkach, ochraniaczach na buty, wykonując te same czynności każdego dnia. Rutyna, zmęczenie, wewnętrzne zmaganie się żeby nie narzekać. Co daje siłę? Jedność i wzajemna współpraca, rozmowa z siostrami, dzielenie się radościami i tym, co trudne, wzajemna pomoc. Jeden uśmiech podopiecznej, bez przednich zębów - prawdziwy, szczery; spojrzenie prosto w oczy, od osoby, która nie potrafi mówić, gest skinienia głową w dowód wdzięczności, za podany posiłek, za pomoc w kąpieli; przytulenie, oparcie głowy na moim ramieniu ze słowami „siostro lubię ciebie” - potrafi zrekompensować bolące nogi i zmęczenie, cały trud.  Innym razem dziewczyna, która przychodzi po śniadaniu i wręcza mi rysunek z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego, pod którym napisała sama „Jezu ufam Tobie”- łzy same napłynęły mi do oczu. Myśl – Jezus jest ze mną, mam zaufać, jest tutaj między tymi dziewczynami, jest w nich, daje siłę. Któregoś dnia podczas obiadu dostrzegam moment, kiedy jedna z kobiet przytrzymuje miskę mniej sprawnej koleżance, która siedzi obok, pomagając jej przy tym zjeść zupę. Wydawać by się mogło „mało znaczący gest”, ale jak poruszający moje serce. Od nich można się nauczyć wrażliwości i dostrzegania potrzeb słabszych. W chwili, kiedy czuję zmęczenie, ból głowy po kolejnym dniu pracy, zwracam uwagę na dziewczynę, która chodzi z wizerunkiem Jezusa, głaska go, wpatruje się w niego, z wielką czułością całuje. To sprawia, że zadaję sobie pytanie jak wygląda moja miłość do Jezusa. Można zadać sobie pytanie: Gdzie jest w tym wszystkim Bóg? Przecież te kobiety są chore, skazane i zależne od innych. No właśnie, jest w tych wszystkich sytuacjach, drobnych gestach, w uśmiech, w spojrzeniu, w dziecięcej radości, wrażliwości. Nie zawsze jest tak jak sobie zaplanujemy, wymyślimy czy wymarzymy. Można się buntować, denerwować, narzekać, ale też można szukać sensu w zmianie planów swojego życia, dostosować się do nowej sytuacji, bo przecież wszystkim kieruje Bóg, który wie lepiej, co dla nas najlepsze. Czas spędzony miedzy tymi kobietami to jeden z piękniejszych momentów w ostatnich miesiącach mojego życia. S.M. Noemi     Czas… Wiadomość, myśl, chwila… i decyzja. Świat osób niepełnosprawnych jest obok mnie od zawsze. W domu rodzinnym, w szkole… Ale nigdy aż tak bardzo, gdy po pierwszym roku życiu u mojego siostrzeńca zdiagnozowano niepełnosprawność. Wołanie do Boga odbijało się echem. Więc i wiara słabła a w ślad za nią kwestia „poczucia” powołania. Czy na pewno droga życia zakonnego, skoro Bóg…taki nieobecny. Chyba uśmiech, radość i miłość, jaką to dziecko wniosło w życie naszej rodziny nie pozwoliły zwątpić do końca.  Dość szybko odkryłam w nim „inny, duchowy świat” – piękny i niedostępny nawet dla mnie – siostry zakonnej. Czas mijał i wiele się działo. Udawało się czasem pomóc mojej siostrze w towarzyszeniu jej i jej synkowi w kolejnych pobytach w szpitalach. We wrocławskim szpitalu na oddziale neurologicznym spotkałam chłopca o pięknym śnieżnobiałym uśmiechu z blond włoskami, z ogromnie ciężką, bolesną chorobą. Wszyscy mówili mi, że to „Siostry dziecko”. Ze zdziwieniem pytałam:, „o co chodzi?” Okazał się to być chłopiec z naszego domu z Piszkowic. Taka mała istotka po raz kolejny ukradła moje serce. Tak, to było „moje dziecko” – naszych sióstr, moich sióstr z Piszkowic. To krótkie spotkanie mocno zostało w moim sercu. Gdy pojawiła się prośba o pomoc w domu w Piszkowicach w sierpniu z powodu wirusa, było dla mnie oczywistym, że chcę, że nawet muszę. Niestety okoliczności, w których otrzymałam tę wiadomość uniemożliwiały mi pomoc „od zaraz”.  Kiedy Siostra Prowincjalna zapytała o możliwość pomocy w naszym domu w Żernikach… Oj … „to nie są już dzieci”, brzmiało mi w głowie. Trudniej było mi już podjąć decyzję tak szybko, jak poprzednio. Nawet teraz nie umiem do końca wyjaśnić jak to się stało, że tu jestem. Chyba po prostu nie analizowałam i nie dopytywałam o szczegóły pracy. Dobrze. Będę. I tyle. Cieszyła mnie wiadomość o siostrach, które tam mają być ze mną. Lubimy się spotykać w takim naszym „seniorackim” gronie. Pierwsze chwile naszej wspólnej pracy – białe folie, w które musiałyśmy się niezgrabnie ubrać od stóp po szyję, maseczka i gogle…, wstrzymywały oddech. A jak w tym pracować…? W ogóle jak stanąć przed chorym człowiekiem w foli…? 12 godzin pracy codziennie, sobota, niedziela i ta świadomość, że nikt nas na razie nie wymieni, że zostałyśmy same na obcym gruncie domu, pracy, ludzi.  To były chwile trudne. Pierwszy dzień pracy w tych foliach, jak je nazywam - trwał wieki. Ale przyszedł pierwszy wieczór i radość z możliwości ściągnięcia tego oraz perspektywa odpoczynku… uff…. Radość ta trwała krótko, ponieważ przyszła nowa radość… Wieczór i pół nocy spotkania z Siostrami. Nie umiałyśmy się „nagadać”.  Tyle myśli, tyle spraw. Dzieliłyśmy się obawami i lękami tym co przed nami, i tym „Jak…? Jak damy radę? Tyle nowych rzeczy w pracy z tymi kobietami”. Nie pamiętałyśmy już większości informacji - kto gdzie śpi, czy je „miksowane”, czy jest spokojna… Jedna z sióstr wtrąca pytanie „czy pampers M jest mniejszy od L?”. I wiele, wiele innych…, ale jedno było pewne mamy siebie nawzajem, modlitwy naszych współsióstr i pewność obecności Boga, ponieważ „gdzie dwaj albo trzej są w imię Moje, tam jestem pośród nich” Mt 18, 20 Następne dni to czas spotkania. Czas spotkania samego Boga. Żywego obecnego pośród nas i w każdym z nas. Boga obecnego przede wszystkim w chorych naszych dziewczynach. Czułam, że zaprzyjaźniam się z dziewczynami. Że przytulam, coraz mocniej, szczerzej i że z serca chcę ich dobra. Pan Bóg jest tu taki bliski, na wyciągnięcie ręki. Przez umytą komuś twarz, przez podany obiad, umycie podłogi… Każdy uśmiech i gest tych kobiet. „Siostro kocham cię” - powtarza Agnieszka, mieszkanka tutejszego domu. Początkowo mimochodem słyszałam te słowa, później poczułam jak one we mnie żyją, jak staja się także moimi… „Kocham cię Agnieszko… kocham Was dziewczyny…” W kościele to one są Jego sercem ja mogę być ręką, nogą…, ale to One są tą najważniejszą i najcenniejszą Jego cząstką, która rozczula serce Boga. S.M. Daniela     „Panie, miłuję dom, w którym mieszkasz i miejsce, gdzie przebywa Twoja chwała” Ps. 26,8   Ten fragment towarzyszył mi, gdy rozpoczynałam wolontariat w Żernikach. Modliłyśmy się nim w czasie modlitw południowych w brewiarzu, w dniu naszego przyjazdu. Patrząc na kobiety, które tu przebywają wiedziałam, że to miejsce, w którym Bóg jest. To Jego dom, a ja mogę w nim tutaj być. Praca w tym miejscu uczy mnie szacunku względem kobiet upośledzonych, chorych psychicznie. Są kobiety, z którymi kontakt jest ograniczony: nie mówią, nie pokażą, o co im chodzi. A jedna z sióstr mówi: one wiele rozumieją. To osoby, którym należy się ogromny szacunek, traktowanie z godnością: w słowach, gestach. Widzę, będąc wśród nich, jak nasza radość, otwartość względem nich budzi ich ufność, serdeczność, jak pomaga w pielęgnacji ich i opiece nad nimi. Gdy poznałam je po imieniu, stały się mi jeszcze bliższe. Początkowe przerażenie: ”jak podołam”, odeszło szybko. Weszłyśmy w rytm tego domu, który wyznacza tutaj opieka nad kobietami: karmienie, przebieranie, mycie. Lubię uśmiech tych kobiet, ich śmiech, bawią mnie ich hasła, czuję ich wdzięczność, widzę jak chętnie z nami przebywają. Towarzyszymy kobietom w ich radości, smutku, strachu - w tych odczuciach wszyscy jesteśmy podobni. Kobiety potrzebują tak niewiele - czułości i otwartego serca, kogoś, kto spojrzy życzliwie, przytuli, pobędzie z nimi. Dla nich nie ważny jest świat materialny, (choć, jak wiele kobiet, cieszą się ładną bluzką, koralami na szyi). To mi pokazuje, że człowiek jest relacyjny. Za czym tęskni człowiek: za drugim człowiekiem, za dotykiem, realną obecnością. Doświadczenie obecności to siła, bezpieczeństwo, miłość, to mi tak namacalnie pokazują te kobiety. Nie tylko ja jestem dla nich, ale one też dla mnie. Bycie z kobietami uczy mnie łagodności, pokory w tym, co jest. Jesteśmy podobne, gdy z czułością, wypowiadamy słowo ”mama”. Wiele kobiet, nawet te, które niewiele mówi, często powtarza to słowo: „mama”. To takie wzruszające, że matka zawsze jest kimś najbliższym. To jest zapisane w głębi ich serca. Tutaj spotykam się z bogactwem ich serc. Jedna z kobiet mówi: „Nie mam mamy, ale mam Matkę Bożą, która jest w kaplicy”. Nie wiem skąd te siły we mnie do pracy, to już kolejny dzień obowiązków po 12 godzin dziennie. Widzę to, jako dar. Ten czas teraz to takie ubogacenie dla mnie. Cieszę się obecnością moich sióstr, z którymi wspólnie mogę tu być. Widzę jak radość bycia ze sobą sprzyja owocnej pracy, praca idzie płynnie, a przy niej mamy sporo radości. Tutaj wszelkie inne problemy bledną.   S.M. Dominika
Moje doświadczenie COVID-19

Moje doświadczenie COVID-19

Pandemia panuje już od dłuższego czasu na świecie, ale miałam nadzieję, że do nas do Poszkowic, tej spokojnej wsi Kotliny Kłodzkiej nie trafi, a jednak nie zapomniała o nas doświadczając nas swoim istnieniem. Wszystko zaczęło się pogorszeniem stanu zdrowia naszej Siostry Przełożonej Łucji. Myślałam że ten stan związany jest z przewlekłą chorobą nowotworową i przerzutami, o których wiedzieliśmy już od dłuższego czasu. Wiedzieliśmy, że kiedyś nastąpi ten czas przejścia ale nikt z nas się nie spodziewał, że przyjdzie on tak szybko i w dodatku jeszcze z zakażeniem covid.  Siostry też zaczęły chorować, ale po wizycie pani doktor uspokoiłyśmy się trochę. Ze względu na brak poprawy zdrowia sióstr, pomimo zastosowania leczenia, podjęłyśmy decyzję zrobienia testów wszystkim siostrom. Czekałyśmy na wyniki jak na wyrok. Na drugi dzień usłyszałyśmy, że jesteśmy wszystkie zakażone oprócz jednej najstarszej siostry. Szybka decyzja – izolacja by nie zarażać dzieci i innych pracowników. Strach dodawał sił do przenoszenia sióstr i umieszczenia w innych pomieszczeniach domu. Stan Siostry Przełożonej Łucji cały czas się pogarszał. Od wtorku była wspomagana oddechowo i dodatkowo farmakologicznie. Po otrzymaniu dodatniego wyniku S. Przełożona, natychmiast uruchomiła wszystkie znajomości by pomóc naszym dzieciom i pracownikom. Można było zauważyć cały czas troskę co będzie z dziećmi, z nami i pracownikami. Choroba nadal postępowała, stan jej pogarszał się z godziny na godzinę. Czuwałyśmy na zmianę bezradne, licząc tylko na Boże Miłosierdzie. Nie zważałam na to, że też byłam zakażona, gdyż nie miałam typowych objawów ważne było dla mnie by być przy naszej siostrze. Najgorsza była noc z 1 na 2 sierpnia. Byłam przy siostrze do godziny 1:15 potem zmieniła mnie s. Paula i wtedy się zaczęło przejście na drugą stronę. Nasza niemoc jak ulżyć w cierpieniu i ogromnej duszności… Kiedy przyszłam rano około godziny 6:05 siostra Łucja była cały czas świadoma, z trudnością oddychała pytała jak długo to potrwa, bo to już cztery godziny? Ostatni zryw: „chcę na łóżko” (cały czas siostra siedziała na fotelu, ponieważ miała wielką duszność związaną z przerzutami na płuca). Około godziny 6:55 wiedząc, że czas przejścia się zbliża, poszłam po resztę sióstr. S. Przełożona Łucja szukała nas wzrokiem rozpoczęliśmy modlitwę, Koronkę do Bożego Miłosierdzia, którą tak często się modliła. Po skończonej modlitwie, o godzinie 7:40 przeszła do Domu Ojca pełna pokoju, w święto Matko Bożej. Potem przyszła niemoc, chwila załamania co będzie z dziećmi, ile jest zakażonych dzieci i pracowników. Kto przejmie opiekę, kto pomoże? My nie możemy, jesteśmy w izolacji! Pozostała tylko cicha modlitwa całą sobą, gdyż choroba zaczynała dawać coraz więcej objawów. Odpowiedź przyszła błyskawicznie. Przyjedzie do was s. Alma ze Świnoujścia, ona wam pomoże. Tą wiadomością od s. Prowincjalnej od razu podzieliłam się z Siostrami, jest nadzieja, że da radę sprostać danej sytuacji. Zdążyłam w sobotę po pozytywnych wynikach na covid tylko podzwonić do moich przyjaciół prosząc o modlitwę w naszej intencji. Cały czas zwracałam się do Świętego Józefa, Ojca Założyciela i zmarłej siostry Łucji o pomoc w trudnej naszej sytuacji. Znaleźli się ludzie, którzy szybko odpowiedzieli na naszą prośbę o pomoc. W niedługim czasie do pomocy przyjechała także s. Vianeja z Branic. Boże dzięki Ci, powoli sytuacja się stabilizuje, ale jeszcze brak ludzi do opieki nad dziećmi. Byłam tylko w stanie prosić św. Józefa o pomoc. Jak zawsze nie zawiodłam się na jego wstawiennictwu. Potem przychodziły następne dni, w których próbowałyśmy modlić się wspólnie, ale fizycznie nie byłyśmy w stanie. Choroba postępowała z dnia na dzień u poszczególnych sióstr w różnym stopniu, miały raz lepszy, raz gorszy dzień. Jedyne co nas łączyło to bycie choć chwilę razem, czy przy wspólnych posiłkach, czy chociaż posiedzieć chwilę obok siebie i cokolwiek pomóc, wzajemnie się wesprzeć. Mobilizacją dla mnie była s. Łucja jej postawa walki, służby do końca swoich dni, pomimo niemocy szłam do współsióstr by być razem z nimi. Tu zrozumiałam jak bardzo ważne jest oprócz modlitwy bycie razem z siostrami. Modlitwa jest bardzo ważnym ogniwem, ale bycie, zrozumienie i wzajemna troska sióstr dodawała chęci do pokonywania trudności związanych z chorobą. Bywały chwile bardzo trudne, nie umaiłam się modlić, modlitwa jakoś się nie kleiła. Pan dał mi znowu szybko do zrozumienia, że jest ze mną. Jeden otrzymany sms i tu odpowiedź na mój aktualny stan, potem telefon od przyjaciela, osoby duchownej i następna wskazówka „w każdym położeniu chwalcie Pana…”! I tu wkroczył na nowo Pan ze swoją łaską, tak jak ojciec, który bardzo kocha swoje dzieci, od tego momentu na nowo zaczęłam na wyrywki czytać moją ulubioną Księgą Psalmów i codziennie dawał mi odpowiedź na moja daną sytuację (Ps 38,2-4  Ps 46 1-4 Ps 23, 13 Ps. 28,1-2 Ps 66, 9-11 Ps 119,  25-27 Ps 134 Ps 111 7,9). Dzięki Jego słowu codziennie więcej przybywało mi sił do modlitwy i dawania siebie na miarę moich sił siostrom. Wielkim wsparciem były też rozmowy z przyjaciółmi i z siostrami z innych palcówek, a także przebywanie z moimi siostrami choć przez chwilę, czy to w milczeniu, czy w uczestniczeniu we wspólnej Eucharystii niedzielnej przez środki masowego przekazu, troska jedna o drugą, pomimo zmagania się z tą samą chorobą. Od momentu rozpoczęcia nowenny (13 sierpnia) za orędownictwem naszego Ojca Założyciela, którą odmawiamy wspólnotowo, Pan na nowo układa nasze życie i dodaje sił do pokonywania codziennych trudności. I na koniec słowa śp. Siostry Przełożonej Łucji, które głęboko utkwiły mi w moim sercu „Ja kończę przełożeństwo z coroną, a ty zaczynasz w coronie”. Proszę w modlitwach siostrę Łucję, by razem z Niepokalaną Naszą Matką, naszym Ojcem Założycielem, z s. Dulcissimą oraz naszymi zmarłymi siostrami, nadal czuwała nad dziełem, które zbudowała i by wypraszała dla nas wszelkie potrzebne dary i łaski.   S.M. Klara
„FIAT” W CZASIE PANDEMII

„FIAT” W CZASIE PANDEMII

Śluby zakonne wyrażają to, co niewidzialne dla oczu. Mistyczne zaręczyny z Chrystusem stają się zaślubinami, by jak najowocniej wypełnić swoje powołanie w służbie Bogu i Kościołowi oraz w dążeniu do osobistej świętości. Jest już tradycją, że każdego roku sierpień i wrzesień, dla sióstr z Regionu Tanzanii, jest radosnym przezywaniem uroczystości zakonnych. Po odpowiednim przygotowaniu i formacji, kolejne grupy sióstr składają śluby czasowe lub wieczyste. Również w rodzinie kandydackiej jest wielka radość, bo kolejne dziewczęta rozpoczynają postulat a inne już nowicjat. Od dwu lat dochodzi radość, Srebrnych Jubileuszy zakonnych. Również w tym roku przygotowujemy się do tych wydarzeń, które będą miały miejsce 28 sierpnia w dniu św. Augustyna. Jednak na wciąż istniejące zagrożenie pandemii będą miały zmieniony charakter organizacyjny. Wszystkie uroczystości odbędą się w Chikukwe w gronie sióstr. Niestety nie będą mogli być obecni rodzice, rodzina i znajomi. W tym roku postulat rozpocznie pięć kandydatek. Do nowicjatu pójdą cztery postulantki. Profesję czasową złożą trzy nowicjuszki: sr. Emilia, sr. Stephania, sr. Marcelina Profesję wieczystą złożą cztery juniorystki: sr. Regina, sr. Clelia, sr. Inocencja, sr.Teodora W tym długo oczekiwanym dniu, życzymy naszym współsiostrom pięknych zaślubin z Jezusem Chrystusem. Jedne otrzymają obrączki, inne medalik, inne habit z białym welonem, a kandydatki sukienki postulantek. Niech te znaki od tego dnia będą im codziennie przypominać o Bożym wybraniu oraz złożonych ślubach. Ślubowana czystość pozwala nam w sposób wolny miłować Boga i służyć wszystkim ludziom. Zobowiązując się do życia w ubóstwie, wyrażamy nasze pragnienie uczestnictwa w ubóstwie Zbawiciela, który dla nas stał się ubogi, aby nas swoim ubóstwem ubogacić. Wreszcie poprzez ślub posłuszeństwa poświęcamy dobrowolnie swoją wolę Bogu, przez co wchodzimy głębiej w tajemnicę Chrystusa i Jego plan zbawienia. Chrystus uniżając się w posłuszeństwie ukazuje nam doskonalszą drogę miłowania i uwielbiania Ojca.   Niech ten dzień będzie nowym początkiem, decyzją, by już nigdy nie oglądać się wstecz. Nasz Niepokalana Matka niech otacza nasze siostry swym płaszczem nieustającej pomocy. s. Monika Kowarsz
Poświęcenie ziół w święto Wniebowzięcia NMP

Poświęcenie ziół w święto Wniebowzięcia NMP

Większość z nas zna zapewne zwyczaj poświęcania ziół w święto Wniebowzięcia NMP (15 sierpnia). Jest to nadal powszechne, zwłaszcza na obszarach wiejskich. Zwyczaj ten rozwinął się z kilku legend o Matce Bożej. Jedna z tych legend mówi, że po śmierci Maryi, apostołowie nie znaleźli jej ciała, ale na miejscu grobowca rosły pachnące kwiaty i zioła, które wydały intensywny zapach. Być może ta legenda chce nam przypomnieć, że zapach poznania Chrystusa ma być rozpowszechniony w życiu chrześcijan (2 Kor. 2:14). Tak jak Maryja przez swoje życie przyniosła Chrystusa, a z Nim zbawienie, "bycie zbawionym" w ciele i duszy, dla ludzi, tak samo powinno być i przez nasze życie. Zioła lecznicze są symbolem tego "uleczenia". W domu św. Jadwigi w Cochem wspólnota sióstr uczestniczyła również w uroczystym nabożeństwie w dniu Wniebowzięcia NMP, podczas którego konsekrowano zioła. Ponieważ tylko nieliczni mieszkańcy domu seniora mogli uczestniczyć we Mszy Świętej ze względu na przepisy związane z koronawirusem, zioła były następnie rozprowadzane w pomieszczeniach pensjonariuszy. S. Felicitas
Urodziny w Cochem

Urodziny w Cochem

  1. urodziny
  Przedstawiamy mały fragment pracy naszych sióstr w domu opieki dla osób starszych im. św. Jadwigi w Cochem. Wspólnota tego klasztoru jest mała, a siostry są w większości w zaawansowanym wieku i często same potrzebują opieki. Ale nadal starają się pomagać i wykonywać posługi, które w ich sytuacji jeszcze są możliwe do wykonania. Oprócz modlitewnej obecności z pensjonariuszami i dla nich, bardzo ważny jest kontakt z mieszkańcami, pracownikami i gośćmi domu św. Jadwigi. Przełożona klasztoru Siostra M. Felicitas regularnie odwiedza mieszkańców Domu Seniora. Tym razem była to wyjątkowa okazja, bo jedna z mieszkanek obchodziła 100 lat. Jubilatka nie może już wstać z łóżka, ale jest bardzo wdzięczna za każdą wizytę i cieszy się z rozmów. Jest bardzo zainteresowana wszystkimi nowościami w domu i mieście Cochem. Niech nadal cieszy się Bożą pomocą i w ten sposób kroczy ścieżką do wieczności.
Świadectwo

Świadectwo

Siostra Łucja. Wiedziałam, że odchodzi, że to jej ostatnie dni życia. Starałam się dotrzymać jej kroku, zrozumieć i pojąć istotę umierania, przechodzenia do tego wymodlonego i oczekiwanego życia wiecznego. Ostatnie słowa Siostry Łucji wyszeptane przez słuchawkę jej wiecznie zawieszającego się telefonu: Heniusiu kochana, dziękuję ci za wszystko, za każdy twój dzień ze mną. Wybacz mi, jeśli nawet nieświadomie uraziłam cię, nawet w myślach tylko. Taka była Łucja. Nigdy nie myślała o sobie. Te prawie dziesięć lat przyjaźni i wspólnej pracy to była dla mnie ciągła nauka. Trudne pytania i jeszcze trudniejsze odpowiedzi. Mój bunt na niesprawiedliwość społeczną i podłość ludzką zderzał się z Łucji „nadstaw drugi policzek”. Mój gniew na ludzi, którzy zadawali mi kolejne ciosy i chęć odwetu spotykał jej cierpliwe „pomódl się za nich, poproś o łaskę rozróżniania dobra i zła, by przestali zło czynić. Z czasem stawałam się inną osobą. Bardziej cierpliwą. Nim wygłosiłam krytykę, zadawałam sobie pytania. Bolało. Im więcej pytań i im mniej odpowiedzi, tym bardziej bolało. Od tego dnia, kiedy Łucja przyszła do mnie i zawstydzona poprosiła o pomoc, minęło prawie dziewięć lat. Ona, święta Łucja (tak o niej wtedy mówili ludzie) stała przede mną w spranym habicie, pocerowanym na brzuchu, w zdeptanych klapkach i miętosząc w rękach starą obdartą na paskach torebkę – jej całe biuro obwoźne, z pieczątkami, notesikiem, starą komórką i usiłowała wytłumaczyć mi skąd jej bieda i niedostatek. Patrzyłam na tą dziwną postać ze złością. Wysłuchałam nieskładnej opowieści, ja, arogancka i pyskata, wściekła na wszystko, mająca gotowe rozwiązania i jednoznaczne odpowiedzi na każde pytanie. Nie dam siostrze pieniędzy, bo sama ich nie mam, ale będę pracować tak długo aż naprawimy ten system- zadeklarowałam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że by naprawić system będę musiała naprawić samą siebie. Było ciężko. Tyle wspólnie z Łucją przelanych łez pan Bóg nie mógł nie zauważyć. Musiały jego służby hydrologiczne odnotować znaczne stany wysokie, bo chyba się wkurzył i odpuścił nam te męczarnie z rządem. Łucja uczyła mnie pokory a ja uczyłam jej odwagi. Czasami w trakcie rozmów przy rządowych stołach, kiedy atmosfera osiągała temperaturę  wrzenia, ukradkiem kopałam Łucję w kostkę, by poszła pomodlić się. Stała za niedomkniętymi drzwiami i siąpiąc nosem nad różańcem liczyła na Boską pomoc, że może jakiś cud się stanie. Z czasem stałyśmy się bardzo dziwną parą: ona duża, przygarbiona idąca ciężkim krokiem i ja mała, w glanach i drepcząca, obie siwe, chodzące razem jak para starych koni w zaprzęgu. Znajomi komentowali naszą medialność, że strach otworzyć lodówkę, bo Szczepanowska z Łucją tam będą. Łucja bała się mikrofonu i kamery. Nie lubiła nagrań, krępowało ją mówienie o swojej pracy, o problemach. Nie było wyjścia, godziła się w końcu na te kamery i mikrofony, bo trzeba było pokazać problem społeczny, obnażyć niedostatek opieki państwa nad porzuconymi dziećmi z upośledzeniem intelektualnym i wreszcie naprawić ten dziurawy system. Kochała dziennikarzy, nawiązywała głębokie przyjaźnie, bardzo osobiste i rodzinne. Dla każdego z nich było miejsce do spania i talerz zupy. Odwdzięczali się poszanowaniem jej prywatności i rzetelnością dziennikarską. Siostra Łucja znała wszystkich. Dosłownie wszystkich. Wszędzie. Miała bardzo sfatygowany zeszycik z numerami telefonów. Otwierała go w każdej potrzebie. Niekoniecznie swojej. „Miłosierdzie ma być ciche” mawiała wciskając mi banknot w rękę i pokazując babinkę grzebiącą w koszu ze śmieciami. Nie mów, że to ode mnie, daj jej dyskretnie, by nikt nie widział. Albo: Henia, popatrz na tego nieboraka, co idzie ulicą. On kiedyś był kimś, miał pieniądze, pozycję, był lekarzem. Pamiętaj o nim, on już nie pije, ale czasami potrzebuje parę złotych. Pracowałam za miskę zupy, bo praca bez nagrody to grzech – mawiała. Regularnie dostawałam gorący obiad, czyściutka serwetka i koniecznie dwie porcje obiadowe. Siostro, ja tego nie zjem, nie potrzebuję tak dużo, protestowałam. Podziel się, zobacz ilu biedaków chodzi po ulicy- zawsze miała gotową odpowiedź. Wiedziałyśmy obie, że choroba postępuje, niemoc i niewyobrażalny ból staje się jej nieodłącznym towarzyszem, co prowadzi tylko w jedną stronę. Do samego końca przekazywała mi swoisty testament, wskazywała osoby, powierzała je pod moją opiekę, prosiła o pamięć o nich. Do samego końca przytaczała też zabawne powiedzonko: „Zakonnica musi być człowiekiem, bo inaczej to i na kołku habit można zawiesić, tylko, że kołek przez to, że w habit ubrany, nie stanie się zakonnicą”.   Henryka Szczepanowska