Uczynić drugiego wielkim (większym) Zachowanie i pogłębianie jedności – bardzo konkretnie

Uczynić drugiego wielkim (większym) Zachowanie i pogłębianie jedności – bardzo konkretnie

  Pamiętacie list s. Sybilli, a wraz z nim słowa Założyciela ks. Johannesa Schneidera. Jedność jest relacją. Nie jest tak po prostu od samego początku. Trzeba ją budować i pielęgnować. I podlega też prawom, którym podlega każda relacja, czyli może się zmienić. Może stać się silniejsza, ale może też spłaszczyć się i całkowicie zniknąć. Dotyczy to każdej wspólnoty (państwowej, kościelnej, parafialnej), dotyczy to także wspólnot indywidualnych, takich jak rodziny i przyjaciele, i oczywiście także wspólnot religijnych. Przyrzeczenie ślubu lub noszenie jednolitego habitu zakonnego nie stanowi jedności. Jedność jest więc wewnętrzną relacją, która łączy ludzi. Konkretne wzrastanie w jedności Dzisiaj chciałbym dać wam kilka duchowych impulsów, które możecie rozważyć i wypróbować na własnej skórze. Już teraz na wstępie uwaga: zacznijcie z nimi delikatnie, jeśli się na to zdecydujecie. Takie konkretne ćwiczenia mogą być bardzo wymagające, ale też bardzo skuteczne.   Moje właściwe miejsce jest puste... Zapewne znacie tę dziecięcą zabawę, w której dziecko może zażyczyć sobie, aby ktoś zajął puste miejsce obok niego. Oczywiście, że życzyliśmy sobie wtedy naszych najlepszych przyjaciół. Jedność zaczyna się od percepcji. Dlaczego nie weźmiesz miejsca obok siebie (czy to po prawej, czy po lewej stronie) jako przedmiotu swojej kontemplacji? Kto jest dzisiaj obok mnie (w ławce w kaplicy lub przy stole podczas obiadu)? Czy rozmawiałam z moją sąsiadką, patrzyłam na nią, uśmiechałam się do niej? Czy wiem, w jakim jest stanie, czy coś ją trapi, czy coś ją boli? Czy też muszę sama stwierdzić, że miejsce obok mnie jest naprawdę puste, przynajmniej w tym sensie, że nie obchodzi mnie, kto tam siedzi. Gromadźcie razem skarby w niebie W swoich przypowieściach Jezus wielokrotnie posługuje się obrazem gromadzenia skarbów. Porównuje on królestwo Boże do skarbu w polu lub drogocennej perły (Mt 13,44-46). A w Kazaniu na Górze wzywa nas do gromadzenia skarbów, które nie zginą (Mt 6, 19-21). Obraz gromadzenia skarbów jest popularnym tematem rekolekcji lub skupienia. Chciałbym zachęcić was do szukania skarbów bardzo konkretnie w waszej własnej wspólnocie. Skarb czyni człowieka bogatym. Kto wzbogaca Twoją wspólnotę? Co by się stało, gdyby ta siostra już nie istniała? Czy czegoś nie tracimy? Inny wymiar sprawiedliwości Następująca myśl jest nieco trudna, choćby dlatego, że my, ludzie, jesteśmy zazwyczaj bardzo wrażliwi na jej punkcie: chodzi o sprawiedliwość. Jedność oznacza, że wszyscy są traktowani jednakowo i że wszystkich obowiązują te same zasady. Jako młodzi ludzie skrupulatnie zwracaliśmy na to uwagę w rodzinie i w szkole. Jeśli mieliśmy wrażenie, że ktoś jest uprzywilejowany, czuliśmy, że to niesprawiedliwe i domagaliśmy się sprawiedliwości. W zasadzie ja też nie chcę odchodzić od tej postawy. Częścią zachowania wspólnoty i jej jedności jest istnienie wiążących reguł, które następnie obowiązują wszystkich i które wszystkich jednoczą. Ale przypowieść o robotnikach w winnicy (Mt 20, 1-16) zmusza nas do refleksji. Niektórzy pracownicy buntują się: "To jest niesprawiedliwe. Ale z jakim wynagrodzeniem oddam sprawiedliwość wszystkim? - Jest to pytanie, z którym ciągle borykają się rodzice, nauczyciele, przełożeni itp. Znalazłem na to ładną odpowiedź w opowieści o Janie i dziadku. Stefania straciła cenny naszyjnik i Jan uważa, że powinna zostać ukarana. Dla niego nie jest sprawiedliwe, że dziadek wybacza Stefanii. Ale dziadek z jego bogatym doświadczeniem życiowym wie więcej. Nie chciałby żyć w takim świecie, zamarzłby (fantastyczne wyobrażenie).  Czy masz poczucie zamrożenia w swojej wspólnocie? A czy mogłabyś się czegoś nauczyć od dziadka na temat jedności?   Ks. Prałat dr. Stefan Dybowski 15.07.2021   Konferencja dla sióstr na dzień skupienia w klasztorze St. Augustinus, Berlin-Lankwitz
Jak z krawcowej zostałam pielęgniarką i cud Madonny dell’Arco

Jak z krawcowej zostałam pielęgniarką i cud Madonny dell’Arco

Chciałabym podzielić się pewną historią, która wydarzyła się, gdy pracowałam w szpitalu w Neapolu. Moją opowieść rozpocznę od tego jak to się stało, że zostałam pielęgniarką, wyjechałam do Włoch i o cudzie na oddziale szpitalnym.   Do Zgromadzenia wstąpiłam mając 20 lat. Rozpoczęłam kandydaturę. Bardzo dobrze pamiętam jedne z pierwszych słów, które powiedziała do mnie  wtedy Matka Genezja: ,,Kandydatka będzie pielęgniarką”. Słowa te zapadły mi bardzo w pamięć, jednak z czasem zdążyłam o nich zapomnieć…. ale Matka Genezja o nich nie zapomniała. Rozpoczęłam nowicjat. W tym czasie miałyśmy różne wykłady. Przyjeżdżała też do nas  jedna siostra z Katowic (imienia nie pamiętam), która uczyła nas jak  robić zastrzyki i jak wykonywać podstawowe czynności pielęgnacyjne przy chorych. Będąc w drugim roku nowicjatu, zostałyśmy poinformowane, że mają wywieźć siostry do Otorowa koło Szamotuł, do obozu pracy. Pamiętam jak Matka Genezja, podjęła wtedy decyzje, żeby rozebrać nowicjuszki ze strojów zakonnych, aby je uchronić przed wywiezieniem. Swoje rzeczy osobiste miały wywieźć do domów rodzinnych. Także ja miałam spakować swoje rzeczy, wywieźć do domu rodzinnego i w świeckim ubraniu przyjechać do wspólnoty sióstr w Nysie.  I tak też zrobiłam. Siostry w Nysie przyjęły mnie życzliwie. W niedługim czasie ubrały mnie w habit, który był po zmarłej siostrze. Chociaż nie pasował on na mnie i był dla mnie za duży, byłam szczęśliwa, że mogłam go ponownie nosić. Niestety nie cieszyłam się nim długo, ponieważ niebawem pod drzwi furty ktoś podrzucił nam list z informacją, że chcą i nas wywieźć do obozu pracy, a więc znowu kazali mi się rozebrać. Powtórzyło się to chyba ze trzy razy, kiedy mnie tak ubierali i rozbierali, ale wiedziałam, że to jedyny sposób, aby mnie uratować przed wywózką.   W Nysie była siostra Herezwita, która prowadziła kurs krawiecki dla dziewcząt. Ponieważ  ja uczyłam się już szycia jako nastolatka w szkole gospodarczej, zaczęłam jej pomagać w nauce szycia. Po roku pobytu w Nysie, Matka Genezja ,,przypomniała sobie” to co mi powiedziała kiedy byłam kandydatką i dlatego przeniosła mnie do Jaszkotla.  Tam oprócz pracy w zakładzie, jeździłam do chorych po wioskach robić im zastrzyki. Z Jaszkotla wyjechałam na dwa lata do szkoły pielęgniarskiej do Warszawy. Po ukończeniu szkoły wróciłam ponownie do Jaszkotla. Następnie miałam przeniesienie do Ścinawy, gdzie siostry pracowały w Ośrodku Zdrowia: na izbie porodowej, w punkcie szczepień i w gabinecie zabiegowym. Tam miałam zostać przełożoną.  Pamiętam jak było mi żal opuszczać Jaszkotle i kiedy wysiadłyśmy z pociągu z siostrą Heleną, która mnie odwoziła, zauważyła, że jestem smutna, bo jechałam w nieznane, nie wiedziałam z kim będę pracować. Zaczęła mi pokazywać walory tego miejsca, mówiąc: ,,popatrz jak tu ładnie, tu strumyk płynie, ptaki tak ładnie śpiewają” a ja wtedy odpowiedziałam: ,,ale to takie obce”. Ale Bóg był ze mną. Rozpoczęłam pracę w punkcie szczepiennym oraz jeździłam po wioskach do ludzi chorych. Do obsługi było 15 wiosek. Pracowałam tam 10 lat.   Rok 1972. Do dziś słyszę dźwięk dzwonka telefonu i głos w słuchawce, który mówi: ,,Siostro Wincencjo pojedziesz do Włoch. Szykuj się i to szybko, ponieważ tam dyrektor szpitala chce aby przyjechała jedna siostra do pracy na oddziale w szpitalu”. Nie ukrywam, że było mi żal wyjeżdżać, ponieważ zżyłam się z siostrami i z ludźmi. Nie znałam przecież języka włoskiego i jechałam ponownie w nieznane. Jak już wspomniałam przyjechałam do Neapolu nie znając języka włoskiego. Rozpoczęłam pracę w szpitalu, ludzie przyjęli mnie bardzo życzliwie. Wspierali mnie, żebym się nie przejmowała nieznajomością języka tylko uczyła się cierpliwie, choćby dwa słowa dziennie a za jakiś czas będę mówić perfekcyjnie. I tak też robiłam. Pomimo nieznajomości języka, od razu rozpoczęłam pracę na oddziale  i tylko dzięki opiece, i pomocy Boga, nie popełniłam żadnego błędu. Ludzie ze szpitala lubili pracować z nami - siostrami, dawali nam to odczuć nie jeden raz. Mieli do nas zaufanie. Zwierzali nam się z różnych swoich problemów rodzinnych, małżeńskich, a my te wszystkie sprawy oddawałyśmy Bogu na modlitwie.   Podczas mojej pracy w szpitalu, wydarzył się pewien cud, o który pragnę opowiedzieć. Pewnego dnia na oddziale, na którym pracowałam przebywała kobieta, która urodziła chłopczyka. Po porodzie stan jej zdrowia zaczął się pogarszać. Miała tzw. eklampsje (jest to rzucawka, która pojawia się jako drgawki lub utrata przytomności u kobiet w ciąży lub po porodzie). Stan ten utrzymywał się dwa tygodnie, wpadała w śpiączkę, nie reagowała na nic.  Lekarze nie dawali jej szans na przeżycie. Było mi bardzo żal tej kobiety, dopiero co  urodziła  swoje pierwsze dziecko i miała niedługo umrzeć. Codziennie przychodziła do niej położna, która wykonywała przy niej czynności pielęgnacyjne. Któregoś dnia spotkałam się z nią w sali tej pani. Zapytałam się ,,czy ta pacjentka naprawdę umrze?”. Ona odpowiedziała mi, że ,,nie ma dla niej już ratunku”. Wtedy powiedziałam położnej, że mam olejek z cudownego miejsca z Sant’Anastasia, w którym jest obraz Matki Bożej dell’Arco, i chcę nim namaścić chorą. (Wspomnę tyko, że ojcowie Dominikanie, którzy opiekują się tym sanktuarium w dzień odpustu zawsze święcą oleje, które ludzie mogą sobie zabrać.)   Zaproponowałam też wspólną modlitwę w intencji: albo niech Bóg da jej spokojną śmierć albo przywróci jej zdrowie. Ona chętnie się na to zgodziła. Pamiętam jak z jednej strony łóżka uklękłam ja, a z drugiej położna. I tak, jak to się wykonuje przy namaszczeniu chorych, zrobiłam tej chorej kobiecie tym olejkiem krzyżyk na czole, na rękach i na stopach. Nasza modlitwa nie trwała długo. Po chwili ta pani otworzyła oczy i usiadła na łóżku.  Rozpłakałyśmy się. Po kilku dniach wróciła do domu z dzieckiem. Matka Boża uratowała ją. Było to jedno z najbardziej poruszających wydarzeń, które przeżyłam w przeciągu 21 lat pracy w neapolitańskim szpitalu. Czas ten wspominam bardzo dobrze i z wielkim sentymentem. S.M.Wincencja Wróbel   * * *     Początek kultu Matki Boskiej z tytułem Madonna dell'Arco wiąże się z epizodem, który miał miejsce 6 kwietnia 1450 r., w Poniedziałek Wielkanocny, w Sant’Anastasia (dziś w prowincji Neapol). Na skraju pola stała kapliczka, na której pod łukiem akweduktu namalowany był (stąd nazwy Madonna dell'Arco i Pomigliano d'Arco) obraz Madonny z Dzieciątkiem Jezus. Podczas wiejskiego festynu młodzi mężczyźni grali na polu w "palla a maglio" (piłkę z młotkiem). Gra polegała na uderzaniu drewnianej kulki młotkiem, wygrywał ten, kto sprawił, że jego kulka poleciała dalej. Jeden z nich nie trafił i przegrał grę, przez co piłka trafiła w lipę, której gałęzie częściowo zasłaniały ścianę pokrytą freskiem z wizerunkiem Madonny z Dzieciątkiem Jezus. Przegrany w przypływie gniewu, podniósł piłkę i przeklinając, rzucił nią gwałtownie w święty obraz, trafiając go w lewy policzek, który zaczął krwawić, tak jak gdyby to było żywe ciało. Wieść o cudzie szybko rozeszła się po kraju, docierając do hrabiego Sarno, miejscowego szlachcica, Wielkiego Kata Królestwa Neapolu. On uwolnił młodzieńca, ale po obserwacji cudu i przeprowadzeniu skróconego procesu skazał go na powieszenie, na tej samej lipie, która osłaniała obraz Matki Bożej. Po dwudziestu czterech godzinach drzewo uschło Te cudowne wydarzenia wzbudziły kult Madonny dell'Arco, który natychmiast rozprzestrzenił się na całe południowe Włochy. Tłumy wiernych napływały na miejsce cudu, dlatego konieczne było wybudowanie z otrzymanych ofert niewielkiego kościoła, aby chronić święty obraz przed żywiołami.         http://www.santiebeati.it/dettaglio/91177 https://www.fanpage.it/napoli/la-storia-della-madonna-dellarco-e-dei-suoi-miracoli/  
Fontanna Trzy Źródła – mało znana historia

Fontanna Trzy Źródła – mało znana historia

Le Tre Fontane (Trzy Źródła) przy Via Laurentina w Rzymie jest miejscem dobrze znanym, gdyż to właśnie tu doszło do męczeńskiej śmierci św. Pawła. Legenda głosi, że kiedy  św. Paweł wskutek prześladowań Nerona został ścięty, jego głowa trzykrotnie odbiła się od ziemi, zanim się zatrzymała. Z ziemi nagle trysnęły wtedy trzy źródła, z tego powodu miejsce to nosi nazwę „Le Tre Fontane”, czyli „Trzy Źródła”. Niedaleko miejsca męczeńskiej śmierci św. Pawła objawiła się Matka Boża. Ale zacznijmy od początku W 1913 roku w stajni na przedmieściach Rzymu, na świat przychodzi Bruno Cornacchiola. Został ochrzczony dopiero po powrocie swego ojca z więzienia. Dorastał i wychowywał się          w bezbożnym środowisku rzymskich slumsów, w których mieszkali prawie sami kryminaliści i prostytutki. W domu Brunona trwały nieustanne kłótnie, przekleństwa i bicie dzieci. Starsze z nich na noc uciekały z domu. Pewnego dnia  gdy Bruno błąkał się po mieście zainteresował się nim jakiś zakonnik, który zabrał go do klasztoru sióstr. Tam go nakarmiono i umyto. Siostry zaczęły uczyć go katechizmu. Po 40 dniach przygotowania szesnastoletni Bruno przyjął pierwszą Komunię św. i sakrament bierzmowania. W wieku 20 lat został powołany do wojska. Po zakończeniu służby wojskowej Cornacchiola ożenił się z dziewczyną, którą znał od dzieciństwa i tylko dzięki jej naleganiom zgodził się na ślub kościelny. Następnie Bruno wstępuje do partii komunistycznej. Wyjeżdża z włoskim wojskiem na wojnę domową do Hiszpanii, gdzie zaczyna szpiegować na rzecz komunistów. W Saragossie poznaje niemieckiego żołnierza, który mu bardzo zaimponował, należał on do protestanckiej sekty  i zionął nienawiścią do papieża oraz Kościoła katolickiego. Od tamtej pory nienawiść  do Kościoła katolickiego w Brunonie wzrosła, do tego stopnia, że kupił sobie sztylet i napisał na nim ,,śmierć papieżowi”. Po zakończeniu wojny  wraca do Rzymu i rozpoczyna pracę jako konduktor w tramwaju. W tym czasie nawiązał kontakt z Adwentystami Dnia Siódmego. Bruno był bardzo zaangażowany i gorliwy  w zwalczaniu Kościoła katolickiego, kultu Matki Bożej i papieża i robił wszystko aby jak najwięcej ludzi przekonać do swoich racji i uczynić ich wyznawcami sekty adwentystów.  To sprawia, że otrzymuje polecenie wygłoszenia mowy na  Piazza della Croce Rossa, w której miał ośmieszyć kult Eucharystii, dogmat  o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Dla niego był to wielki zaszczyt i okazja  aby zostać pastorem. Z tego właśnie powodu w sobotę 12 kwietnia 1947 r. wybiera się razem ze swoimi dziećmi 10-letnią Isolą, 7-letnim Carlo i 4-letnim Gianfranco do Ostii. Spóźnili się na pociąg, dlatego postanowił udać się do Via Laurentina alle Tre Fontane, aby przygotować w spokoju swoje przemówienie. Jest piękny słoneczny dzień, dzieci zaczynają się bawić w lesie eukaliptusowym a Bruno przygotowuje swoje przemówienie. Niedaleko miejsca ich pobytu znajdowała się grota. Bruno co jakiś czas sprawdza, gdzie są i co robią dzieci. Pewnej chwili nie słyszy odpowiedzi najmłodszego syna, zaniepokojony zaczyna go szukać. Dociera do pobliskiej groty i tam zastaje klęczące dziecko z rękami złożonymi do modlitwy. Bruno woła pozostałe dzieci. Po przyjściu one także klękają przed „Piękną Panią” która jest w grocie, a której tylko on nie widzi. Bruno jest przerażony, jego dzieci są blade i nieruchome, nie wie co robić, martwi się o swoje dzieci, w swojej bezradności po raz pierwszy od długiego czasu z całego serca prosi o pomoc Pana. W tym momencie rozjaśnia się ciemność groty i on też widzi „Piękną Panią”. Ma około metr siedemdziesiąt, ma białą sukienkę z różową opaską opasującą biodra, ciemnobrązowe włosy i zielony płaszcz opasujący głowę i biodra, w rękach trzyma Biblię. Pani przedstawia się jako „Dziewica Objawienia” Mówi: „Jestem Dziewicą Objawienia, a Objawienie to są słowa Boga, które mówią również o Mnie. Prześladujesz Mnie, ale już jest najwyższy czas, abyś z tym skończył. Wracaj do świętej wspólnoty Kościoła katolickiego”. Pierwsze Piątki Miesiąca ofiarowane Najświętszemu Sercu Jezusa, które odprawiłeś, zachęcony przez twoją zatroskaną, trwającą w wierze małżonkę, zanim definitywnie wkroczyłeś na drogę błędu, uratowały Cię. Przez godzinę z kwadransem rozmawia z Brunonem: wyjaśnia mu znaczenie modlitwy, zaprasza do spowiedzi oraz przekazuje przesłanie dla papieża. Wreszcie uśmiecha się, kłania  i stopniowo znika, a w grocie pozostaje tylko piękny zapach. Zanim odeszła, Panna Objawienia zostawiła mu znak, rozwiewający jego wątpliwości, potwierdzający wiarygodność przesłania boskiego, odrzucający zaś działanie szatańskie. Znak dotyczył zapowiedzi przyszłego spotkania Cornacchioli z kapłanem, który zweryfikuje prawdziwość objawienia. Po powrocie do domu Bruno opowiada żonie co się stało, prosi ją o przebaczenie za swoje wcześniejsze zachowania. Cornacchiola miał kolejne objawienia 06, 23 i 30 maja 07 października 1947 roku, w święto Matki Bożej Różańcowej, odbyła się największa w historii Rzymu procesja różańcowa. Rozpoczęła się ona na placu św. Piotra i szła ulicami miasta do groty w Tre Fontane. Trzy pary białych koni ciągnęły wóz z dużą figurą Dziewicy Objawienia, którą pobłogosławił papież Pius XII. Wtedy też Ojciec Święty wyraził zgodę na kult publiczny w Tre Fontane i oddał w ręce franciszkanów konwentualnych opiekę duszpasterską nad pielgrzymami przybywającymi na miejsce objawień. Miejsce to stało się celem pielgrzymek, gdzie dokonywały się liczne uzdrowienia i nawrócenia. 12 kwietnia 1980 r., w 33. rocznicę objawień, 3 tysiące ludzi było świadkiem cudu słonecznego. Zjawisko to powtórzyło się dwa lata później.. Bruno Cornacchiola spotykał się także z kolejnymi papieżami: 8 lipca 1959 roku został przyjęty na prywatnej audiencji przez papieża Jana XXIII, a 17 października 1973 roku spotkał się z Pawłem VI. Był także na prywatnej audiencji u Jana Pawła II. Dzięki decyzji papieża Jana Pawła II dnia 17 marca 1994 roku kardynał Camillo Ruini wydał dekret nakazujący budowę kościoła na miejscu objawień, a 2 kwietnia 1997 roku św. Jan Paweł II nadał temu kościołowi tytuł „Święta Maryja Trzeciego Tysiąclecia w Tre Fontane”.   S.M. Weronika Wojciechowska  
Jedność serc jest wyzwaniem

Jedność serc jest wyzwaniem

Jedność serc jest wyzwaniem, ponieważ jest to miejsce, gdzie moja wyjątkowość spotyka się z wyjątkowością drugiej osoby. Często wyjątkowość drugiego człowieka jest przedstawiana jako zagrożenie dla mnie. Szczególnie wtedy, gdy nie potrafię dostrzec w wyjątkowości drugiego dobra, które mnie ubogaci. A nie ma prawdziwej jedności, jeśli nie dostrzegam wyjątkowości w drugim człowieku. A więc to jest wyzwanie. Tylko Duch Boży, który jest przyczyną naszej niepowtarzalności, może przynieść prawdziwą jedność, w której dostrzegasz niepowtarzalność drugiego i przyjmujesz ją jako uzupełnienie swojej niepowtarzalności. Uświadomcie sobie potrzebę Ducha Bożego pomiędzy osobami i upewnijcie się, że Duch Boży jest obecny pomiędzy wami dla doskonałej jedności. Tworzenie jedności jest tworzeniem nieba dla ciebie i dla drugiej osoby. Don Giorgio
Wartość wspólnoty

Wartość wspólnoty

Zacznij od ćwiczenia duchowego. Zadaj sobie pytanie: jaką wartość ma dla ciebie wspólnota, albo jeszcze bardziej konkretnie: jaką wartość ma dla ciebie ta wspólnota, w której teraz mieszkasz lub w której kiedyś mieszkałaś? I od razu powiem: nie patrzcie na to pytanie tylko w teorii, ale w praktyce życia codziennego. Myślę, że wysiłek na rzecz jedności zależy zasadniczo od tego, jaką wartość przywiązujesz do wspólnoty. Jeśli komunia jest dla ciebie wartością (i to nie tylko na papierze konstytucji, ale w życiu codziennym), to będziesz chciała podążać za troską założyciela o. Johannesa Schneidera i szukać oraz pogłębiać jedność.   1+1+1=3 Dlaczego ludzie łączą się w społeczności? Istnieje wiele dobrych powodów, aby łączyć się w społeczności: - Siła w jedności Bardzo szybko kobiety i mężczyźni mogą zostać przytłoczeni zadaniami, trudnościami i kłopotami. Doświadczenie braku samotności wzmacnia wszystkich w ich działaniach. Razem można osiągnąć więcej niż w pojedynkę. - Różnorodność w wielości. Kreatywność odgrywa istotną rolę w naszym życiu. Dotyczy to zarówno kształtowania życia codziennego, jak i rozwiązywania problemów. Dlatego też często tworzone są grupy robocze. Społeczność to dobra przestrzeń, w której pomysły mogą się rozwijać i przynosić owoce. - Radość we wspólnocie Łącząc się ze sobą (np. w sportach i grach, doświadczając przyrody, tworząc muzykę i śpiewając, podróżując) ludzie doświadczają wiele radości. Wszystkie te doświadczenia można krótko podsumować w jednym mianowniku: Wspólnota wzmacnia i pomaga jednostce.  Lub wyrażone matematycznie: 1+1+1=3 Więcej niż suma jednostek Wymienione przed chwilą kryteria przemawiają za wspólnotą, ale niekoniecznie są dla niej obowiązujące. Każda jednostka mogła też żyć bez przynależności do wspólnoty, w tym bez życia duchowego. To również można zobaczyć i doświadczyć: że wspólnota jest tylko poszukiwana i przeżywana, kiedy mam potrzebę (np. potrzebę wsparcia). - Ośmielam się jednak twierdzić, że samo to nie wystarczy w dążeniu do jedności. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy widzę we wspólnocie "coś więcej", co jest dla mnie cenne i wartościowe.   Wartość komunikacji Na seminariach małżeńskich przeprowadzono następujące ćwiczenia: Każda para została poproszona o zbudowanie domu z już oznakowanych klocków. To, co było dla nich ważne, umieszczali w fundamencie, to, co wydawało im się nieistotne, kładli na gruzach. Następnie odbyła się prezentacja domów. Wiele par stwierdziło, że to nie prezentacja gotowego domu była decydująca, ale komunikacja, która miała miejsce podczas budowy domu, którą uznali za szczególnie wartościową. Wartość zbędnych Kuszące jest rozróżnianie w życiu tego, co konieczne, od tego, co niepotrzebne, i rozstawanie się ze wszystkim, co nie jest konieczne: Nie potrzebuję tego, jest zbędne. Oto ciekawy eksperyment. Aby stanąć, potrzebujesz kilku centymetrów kwadratowych ziemi, na której postawiłaś swoje stopy. Ale gdybyś została pozbawiona ziemi (lepiej: gruntu) wokół siebie, szybko dostałabyś zawrotów głowy i ogarnąłby cię strach. Nawet jeśli nie potrzebuję ziemi wokół siebie, aby stać, to i tak daje mi ona wsparcie i jest ważna. Ćwiczenie duchowe: Zbierz w tabeli (z dwoma kolumnami) to, co jest absolutnie konieczne i to, co nie jest absolutnie konieczne na początku. A następnie przejdź do drugiej kolumny (nie jest konieczne) i sprawdź, jaką wartość mają dla Ciebie te rzeczy.   Wartość innych Wydaje mi się, że najsilniejszą motywacją dla wartości wspólnoty jest nadal wartość jednostki. Przystąpienie do wspólnoty jest często kształtowane przez uznanie dla innego. Nawiasem mówiąc, historie powołaniowe często mają swoje źródło w tym, że nauczyłem się doceniać i kochać daną osobę.   Poszukiwanie i pogłębianie jedności Wartość, jaką widzę we wspólnocie, jest dobrą motywacją do poszukiwania i pogłębiania jedności. Prowokacyjnie mówiąc, ci, którzy widzą we wspólnocie jedynie stowarzyszenie dla wygody, wykorzystają każdą okazję, by się z niej wyłamać wewnętrznie i być może także zewnętrznie. I odwrotnie, wartość, jaką ma dla mnie dana wspólnota, może sprzyjać mojej identyfikacji ze wspólnotą i pogłębiać mój wkład w jedność. Albo jeszcze raz wyrażając to matematycznie: 1+1+1=4.   Ks. Prałat dr. Stefan Dybowski 17.06.2021   Konferencja dla sióstr na dzień skupienia w klasztorze St. Augustinus, Berlin-Lankwitz